Im ostrzejsza konfrontacja polityczna, tym bardziej każda sprawa staje się amunicją w tej walce. I nie jest to bynajmniej polska specyfika. Taki los spotkał właśnie lustrację. Tak się zresztą dzieje z większością spraw, które można by uznać za ważne: status służby cywilnej, podatki, polityka socjalna, sposób budowy infrastruktury drogowej itd. Oczywiście, sprawa tego, co zrobić z teczkami z archiwów SB, od dawna jest osią podziału politycznego w Polsce. Ale w ciągu ostatnich paru dni meritum kompletnie zniknęło z pola widzenia.
Na czoło wysunęła się wojna PiS z Trybunałem Konstytucyjnym o sknoconą ustawę lustracyjną. Kopanie się z TK jest jak kopanie się z koniem: żeby nie mieć z nim problemów, trzeba by go po prostu zlikwidować. Nie ma się też co oburzać i dziwić, że sędziowie TK mają swoje polityczne poglądy, które na dodatek mogli gdzieś kiedyś wyrazić - np. w jakimś wywiadzie prasowym. Przecież nie są nawet wybierani spośród zawodowych sędziów, a ich kandydatury głosuje Sejm. Jest całkiem jasne, że Sejm będzie, w zależności od zasiadającej w nim większości, wyznaczał osoby o odpowiadających tej większości poglądach (choć oczywiście wyznaczający mogą się przeliczyć, jak to się chyba stało w przypadku prof. Stępnia). To także nie jest niczym niezwykłym - wystarczy pomyśleć, jakim politycznym bojem jest desygnowanie sędziów Sądu Najwyższego w USA i jak drobiazgowo badane są przez Kongres ich polityczne preferencje. A kandydaci starają się oczywiście jak najlepiej sprawiać wrażenie wyważonych.
Swoje poglądy miał Andrzej Zoll (dziś widać je szczególnie wyraźnie, gdy prof. Zoll nie jest już ani sędzią TK, ani rzecznikiem praw obywatelskich, za to toczy otwartą wojnę z władzą), miał prof. Marek Safjan, ma je i Ewa Łętowska. Sprawą całkiem oczywistą jest również, że obecny Sejm wyznacza do TK ludzi o zapatrywaniach sprzyjających linii dzisiejszej większości.
Skoro taka jest struktura i sposób powoływania TK, to gdyby chcieć przy każdej sprawie wyłączać z niej każdego sędziego, który kiedyś cokolwiek powiedział na zbliżony temat, TK prawdopodobnie w ogóle nie mógłby działać. Wie o tym doskonale PiS, dlatego pierwsze wnioski o wyłączenie sędziów z powodu ich „uprzedzeń" dotyczących lustracji były jedynie teatrem. Oczywiście - teatrem w ramach powszechnie akceptowanych zasad politycznej wojny.
Inną sprawą jest wczorajszy wniosek posła Mularczyka, bo tu mogła już być mowa o osobistym zainteresowaniu dwóch sędziów takim albo innym orzeczeniem. Sędziowie zostali wyłączeni i na tym sprawa się dla mnie kończy.
Ale skutki tej najnowszej awantury sięgają o wiele dalej niż by się mogło wydawać. Najgorszym z nich jest obrzydzenie ludziom, a zwłaszcza młodemu pokoleniu jakiejkolwiek refleksji nad przeszłością. Mechanizm odruchu wymiotnego działa tutaj bezbłędnie. Na hasło „teczki" albo „lustracja" większość pokolenia dzisiejszych 20-latków zareaguje pawiem, a w przekonaniu o słuszności takiej reakcji utwierdzać ich będą ci, którzy o przeszłości wolą nie pamiętać (w październiku 2006 r. wg CBOS 70 proc. badanych uważało lustrację i rozliczenie przeszłości za temat zastępczy; jestem pewien, że gdyby takie badanie przeprowadzić za kilka dni, wynik byłby jeszcze bardziej znaczący). I o to także mam pretensję do autorów ustawy.
To zresztą bardziej generalny żal, o którym już tutaj parę razy pisałem: żal o zachwianie proporcji. Teczki i powiedzenie prawdy o tym, jak kto się zachował wiele lat temu, jest ważne, ale nie może być na pierwszym planie! Poza grupą, która tymi sprawami żyje, jest olbrzymia część Polaków. Dzięki dzisiejszemu teatrowi ci właśnie nabierają pewności, że to wszystko polityczne nawalanki, z którymi nie chcą mieć nic wspólnego.
Dlatego mam nadzieję, że dzisiaj TK uwali ustawę lustracyjną, w wyniku czego Sejm uchwali następnie ustawę o powszechnym dostępie do archiwów IPN. Nie mam wątpliwości - w takiej ustawie na pewno też będzie się roiło od błędów. Ale to już będzie przejście na zupełnie inną płaszczyznę.
Szkoda tylko, że ma to nastąpić jako rodzaj „zemsty" za odesłanie do kosza ustawy lustracyjnej (tak przynajmniej rozumiem słowa prezydenta Kaczyńskiego), a nie jako świadoma i spokojna decyzja, o której można by publicznie dyskutować od jakiegoś czasu. Bo może warto byłoby się zastanowić nad tym, jakie będą najlepsze procedury dostępu do archiwów, jakie informacje maskować w papierach, jak usprawnić procesy przed sądami, czy powoływać specjalne wydziały w powszechnych sądach cywilnych itd. O tym rozmowy nie ma, bo nie ma na nią czasu ani chęci. Jest tylko nawalanka.
Tak czy owak, niech się to raz skończy, niech teczki będą powszechnie dostępne, a IPN wreszcie będzie mógł zająć się tym, co mu wychodzi najlepiej, co jest niestety na drugim planie, a co jest bardzo potrzebne i będzie coraz potrzebniejsze, w miarę jak w życie będą wchodzić kolejne pokolenia, nie mające pojęcia o Peerelu - działalnością edukacyjną. Bo jeśli dzisiejszym 18-latkom słowa „SB" i „teczki" będą się kojarzyły tylko z sejmowymi awanturami, to będzie to kompletna porażka.


Komentarze
Pokaż komentarze (47)