Dzisiaj przedstawiciele ZNP spotykają się z ministrem edukacji i premierem. Podobno chcą rozmawiać o „sprawach ogólnych". Troska środowiska nauczycielskiego o „sprawy ogólne" jest wzruszająca, mam jednak wrażenie, że przede wszystkim chodzi o dwie sprawy szczególne: emerytury pomostowe (rząd już tu ustąpił) i wynagrodzenia.
Jak wszędzie - także w USA - środowisko nauczycielskie jest bastionem socjalizmu i staje okoniem wobec jakiejkolwiek próby urynkowienia sfery edukacyjnej. Nie mówię o pomysłach zbyt radykalnych, jak całkowita prywatyzacja szkolnictwa począwszy od poziomu ponadpodstawowego. Mówię nawet o tak łagodnych protezach wolnego rynku jak wprowadzenie bonu oświatowego, który to pomysł umarł w Polsce lata temu z powodu histerycznego oporu m.in. ZNP właśnie. (Rzecz jasna, PiS, jako partia socjalistyczna, nawet się o powrocie do niego nie zająknął.) Oczywiście jak zwykle padało wiele argumentów, mających rzekomo źródło w trosce o dzieci - na tej samej zasadzie, jak strajkujący kolejarze przekonują, że troszczą się przede wszystkim o pasażerów, a nie o wyciągnięcie kolejnej kasy na swojego nieefektywnego molocha z gigantycznymi przerostami zatrudnienia.
Nauczyciele przekonywali więc, że w jednych szkołach będzie tłok, a w innych luz; że rodzice zyskają niepożądany instrument nacisku; że nie może być pełnej dowolności w wyborze szkoły itp. Prawdziwy powód tego sprzeciwu był inny: bon oświatowy sprawiłby, że wreszcie stałoby się jasne, którzy nauczyciele i które szkoły są dobre, a które marne, a na dodatek - co najważniejsze - wynikłyby z tego konkretne konsekwencje finansowe. Musiałyby też zostać zrewidowane zasady, zgodnie z którymi mianowany nauczyciel jest nie do ruszenia do końca swojej zawodowej kariery, choćby nie był w stanie dobrze nauczyć nawet alfabetu. Słabi nauczyciele po prostu wylatywaliby z roboty.
Nauczyciele w publicznych szkołach działają w warunkach socjalistycznej urawniłowki, w której ich umiejętności nie są w żaden sposób weryfikowane. Co jest oczywiście również niesprawiedliwe wobec nauczycieli dobrych, którzy za swoje dokonania powinni być premiowani. Podobnie jak dobre szkoły.
Gdy przypominam sobie czasy swojego liceum (XXVI L.O. w Łodzi, dziś im. Baczyńskiego, za moich czasów bezimienne, jeszcze wcześniej im. Małgorzaty Fornalskiej), doskonale wiem, kto powinien być wtedy nagradzany, a kto powinien wylecieć z roboty. Pamiętam moją niezrównaną polonistkę, która w warunkach choćby częściowego wolnego rynku powinna być jedną najlepiej opłacanych nauczycielek w tej szkole - z czym na pewno zgodziliby się wszyscy moi dawni klasowi koledzy i koleżanki, nawet ci, którzy z polskim mieli problemy. Podobnie powinno być z moją pierwszą nauczycielką francuskiego, która zresztą rychło zmieniła pracę na lepiej płatną. Z kolei nauczycielka chemii świetnie sprawdziłaby się może w kabarecie, ale na pewno nie w szkole. Ponieważ jednak to ona miała długi staż, łączący się oczywiście z większymi pieniędzmi, więc to romanistka odeszła, a chemiczka nadal nauczała w swoim specyficznie autystycznym stylu. Typowy przykład selekcji negatywnej.
Nauczyciele domagają się także emerytur pomostowych i ten postulat rząd już obiecał spełnić (dokładnie - w stosunku do tych, co to prawo nabędą do końca tego roku). Tu nauczyciele nie są odosobnieni. Sam wynalazek wcześniejszych emerytur jest idiotyczny, bo opiera się na założeniu, że w wolnorynkowej gospodarce są jakieś szczególne zawody, podobno wyjątkowo uciążliwe. Wśród nich - o czym dowiedziałem się kiedyś z ogromnym zdziwieniem z materiału w „Wiadomościach" - jest np. zawód drwala. Oczywiście kryteria tego, który zawód jest szczególnie ciężki, nie mają nic wspólnego z obiektywizmem, a jedynie z tym, kto miał jaki status za Peerelu i czy udało mu się go utrzymać. Nie mieli z tym problemu na przykład górnicy, równie dobrzy w robieniu demolki na ulicach co w fedrowaniu. A może nawet lepsi w tym pierwszym.
Na upartego można by każdy zawód przedstawić jako szczególnie ciężki. Dziennikarze na przykład cierpią na choroby nerwowe i schorzenia układu krążenia oraz często umierają na zawał. Pracują po 20 godzin na dobę i zawsze muszą być dyspozycyjni. Wykańcza ich stres. Księgowy godzinami siedzi przy biurku i robi mu się skrzywienie kręgosłupa, a praca w klimatyzowanym biurowcu jest bardzo niezdrowa. Programista komputerowy spędza tysiące godzin przed monitorem, a informatyk musi siedzieć w chłodnej serwerowni, gdzie buczą komputery.
Kretyński podział na zawody szczególnie hołubione i „normalne" to socjalistyczny wymysł, z którym żaden rząd nie ma odwagi zerwać, bo boi się buntu silnych grup interesów - w tym wypadku nauczycieli.
Chciałbym, żeby Polską rządził kiedyś rząd odważny i rozumiejący, na czym polega wolny rynek oraz sprawiedliwość - nie „społeczna", ale normalna. A ta zakłada, że do zostania nauczycielem nikt nikogo nie zmusza i nikt nie ma jakichś szczególnych preferencji. Chciałbym, żeby nauczyciele musieli zmierzyć się z wolnym rynkiem, choćby w postaci tak okrojonej jak bon oświatowy.
-------------------
*) Jak za dawnych czasów śpiewał niejaki Adam Zwierz na festiwalu piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu.


Komentarze
Pokaż komentarze (119)