Polska jest o krok od podjęcia decyzji, która określi naszą strategiczną sytuację na dziesięciolecia: zgodzić się na instalację tarczy antyrakietowej czy nie. Nie chcę pisać o tym, czy warto się godzić, czy nie. A może nawet nie tyle nie chcę, co nie mogę, ponieważ - podobnie jak niemal wszyscy Polacy poza paroma osobami w rządzie - nie mam zielonego pojęcia, jakie stawiamy warunki i co się nam proponuje.
Minister Szczygło oznajmił wczoraj, że „warunki postawione przez Polskę w sprawie rozmieszczenia w naszym kraju elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej są wystarczająco twarde". Jakie to warunki - nie wiadomo. Mam uwierzyć ministrowi Szczygle na słowo.
Otóż nie wierzę. Przed oczami staje mi sytuacja z przystąpieniem do wojny w Iraku, gdy bez żadnej debaty rząd Leszka Millera wmieszał nas w amerykańską awanturę w zamian za przyjazne poklepanie po plecach. Boję się, że szykuje się powtórka tamtej sytuacji.
Nikt rozsądny nie może się domagać, żeby rząd ogłaszał wszystkie kulisy negocjacji. Jestem też mocno sceptyczny wobec pomysłu referendum. Natomiast skandalem jest całkowite ukrywanie przed opinią publiczną polskich warunków brzegowych, na jakich jesteśmy gotowi się zgodzić. Skoro tych warunków nie znamy, po pierwsze nie możemy ich ocenić i o nich dyskutować, a po drugie - nie będziemy mieć pojęcia, czy zgoda na amerykańską propozycję oznacza, że zostały spełnione. Rząd będzie mógł nam powiedzieć wszystko, dostosowując post factum swoje rzekome żądania do wyniku negocjacji.
Dla rządów PiS charakterystyczna jest postawa braci Kaczyńskich: „Wiem straszne rzeczy, włosy się jeżą na głowie - ale nie mogę nic powiedzieć". Nie jest to pierwsza decyzja, podejmowana w atmosferze niczym nie uzasadnionej tajemnicy, by wspomnieć choćby do dziś niezrozumiałe i nie wytłumaczone odwołanie Igora Chalupca.
Teraz premier, prezydent i minister obrony mówią do nas tym samym językiem: „Wszystko idzie dobrze, jesteśmy twardzi, ale nic wam nie powiemy". Bo co - Polacy są za głupi, żeby powiedzieć im o warunkach być może najważniejszej decyzji, jaką ten rząd i parlament podejmą? To nie jest ani spryt, ani taktyka negocjacyjna, ani żadna mądrość. To jest po prostu bezczelność.
Chyba że decyzja na tak już została podjęta i rządzący boją się weryfikacji jej motywów. Zdają sobie sprawę, że publiczne przedstawienie choćby najbardziej podstawowych warunków związałoby im ręce wobec opinii publicznej.
Nie wierzę w twardość i zdolności negocjacyjne ani ministra Szczygły, ani Lecha Kaczyńskiego, zwłaszcza w starciu z tak doświadczoną i bezwzględną dyplomacją jak amerykańska. Boję się, że prezydent, spotkawszy się w czerwcu z George'em Bushem, zmięknie tylko dlatego, że zaszczyci go uścisk dłoni lokatora Białego Domu. Że - wreszcie doceniony i rozmiękczony bajdurzeniem o tym, jakim to jesteśmy świetnym sojusznikiem - obieca coś, z czego potem nie da się wycofać.
Władza, która podejmuje taką decyzję za plecami obywateli, zasługuje na to, żeby zebrać od nich przy najbliższej okazji ostre cięgi.
P.S. Żeby uniknąć pytań o znaczenie pojęcia "warunki brzegowe", dopisuję i wyjaśniam: to najgorsze warunki, na jakie jesteśmy skłonni się zgodzić. Jeśli zostałyby ujawnione, rząd nie mógłby się cofnąć poza tę granicę. Oczywiście implikuje to także, że trudno byłoby nam wynegocjować coś więcej. Dlatego warunki brzegowe musiałyby zawierać wszystko to, co jest nam naprawdę potrzebne. Ewentualne dodatkowe bonusy byłyby wyrazem dobrej woli drugiej strony.
W przypadku sprawy tak ważnej jak ta, uważam, że mamy prawo te warunki brzegowe znać i rząd powinien je ujawnić, także po to, żeby Amerykanie nie mogli od niego wymagać cofnięcia się poza nie.
P.S. II
P.S. II
Nie dziwi mnie, że wielu komentujących polemizuje nie z tym, co napisałem, ale z tym, z czym im wygodnie polemizować. Nie dziwi mnie, że Bartek Węglarczyk postanowił wybrać sobie z mojego tekstu to, co wyjęte z kontekstu musi brzmieć bezsensownie. Zawsze to łatwiej niż dyskutować o meritum.
Ale ponieważ tym razem jest wyjątkowo wiele wpisów, omijających moje tezy, więc pozwalam sobie je tutaj powtórzyć w postaci maksymalnie syntetycznej, w formie pytań, żeby ominąć się ich nie dało.
1. Czy rząd powinien poddawać pod publiczną debatę sprawy najważniejsze dla bezpieczeństwa państwa, nawet gdyby to oznaczało naruszenie klasycznych reguł negocjacji? A jeśli tak, to do jakiego stopnia?
2. Klasyczne zasady negocjacji są oczywiste: nie ujawnia się swojego minimum, bo zawsze można wytargować więcej. Ale jeśli przyjmujemy, że nasi negocjatorzy są słabi, a partner mocny, to mamy powody obawiać się, że nasza strona zejdzie poniżej progu sensownej umowy. Dlatego - moim zdaniem - bardziej się opłaca ogłosić owo minimum i w ten sposób ustawić sobie za plecami mur, nawet kosztem mało prawdopodobnego wynegocjowania więcej - żeby zabezpieczyć się przed zbyt słabym wynikiem negocjacji. Opłaca się czy nie?
To są tezy do dyskusji.


Komentarze
Pokaż komentarze (134)