„Rzeczpospolita" podaje, jak marne warunki instalacji komponentu tarczy antyrakietowej w Polsce proponują nam Amerykanie. Nie dziwi mnie to - Polska zrobiła w ciągu ostatnich lat mnóstwo, żeby przekonać Waszyngton, że zatańczy, jak jej zagrają. To oczywiste, że po naszym karnym i bezwarunkowym włączeniu się do operacji irackiej oraz po kolejnych równie bezwarunkowych przedłużeniach naszej misji Amerykanie mają poczucie, że mogą nam przedstawić warunki wręcz upokarzające. Jedyną osobą, która próbowała wywierać na Stany Zjednoczone jakiś nacisk, uzależniając przedłużenie naszej obecności w Iraku, był Radek Sikorski. Nie miał niestety w tej kwestii wsparcia ze strony Pałacu Prezydenckiego.
Tu wracam do swojego tekstu o negocjacjach w sprawie tarczy, który ściągnął na mnie lawinę połajanek, że nie rozumiem, na czym polegają negocjacje. Przy czym niemal nikt - z Bartkiem Węglarczykiem włącznie - nie odniósł się do argumentów, którymi uzasadniałem odstępstwo od klasycznych reguł negocjacyjnych. Otóż gdyby zastosować taktykę, o jakiej pisałem, propozycje amerykańskie, o których pisze „Rz", w ogóle by nie padły. Amerykanie byliby zmuszeni rozmawiać z nami w inny sposób i zaczynać z innego pułapu, bo byłoby jasne, że taka oferta jak obecna po prostu wyklucza od razu jakiekolwiek porozumienie. Skoro jednak polska strona nie postarała się nawet o przeciek o warunkach minimum, Amerykanie mogą zaczynać rozmowy ze skandalicznie niskiego poziomu.
Dziennik.pl przywołuje opinię Petera Brookesa z konserwatywnego think-tanku Heritage Foundation, że amerykańskie bazy w Korei Południowej i Japonii są w dużej mierze finansowane przez tamtejsze rządy. Zapomina, że Polska nie była nigdy krajem ani okupowanym przez USA, jak Japonia, ani nie potrzebuje ochrony przed nieobliczalnym sąsiadem tak desperacko jak Korea Południowa, technicznie będąca wciąż w stanie wojny z Północą. Stawianie nas na tej samej półce co obu tych krajów pokazuje, że waszyngtońscy urzędnicy i eksperci traktują Polskę nie jak partnera, ale tak jak nauczyciel traktuje przymilnego klasowego lizuska, co to na skinienie paluszkiem poleci po kredę albo doniesie na kolegę. Sami sobie oczywiście na takie traktowanie zasłużyliśmy.
Irak był tutaj momentem decydującym. Owszem, dzięki niemu zyskaliśmy w USA sporą sympatię, ale sympatia a szacunek to niestety dwie różne sprawy. Gdybyśmy wtedy nie przybiegli na pierwsze skinienie, gdybyśmy postawili się jak Turcja, żądająca konkretnej kasy w zamian za prawo do transportu wojska przez swoje terytorium, gdybyśmy w zamian za pozostanie w Iraku zażądali konkretnej pomocy wojskowej, a w razie jej nieotrzymania po prostu sprowadzili swoich żołnierzy do kraju, dalibyśmy jasny sygnał, że trzeba się z nami liczyć i że potrafimy się targować.
Bo Amerykanie to potrafią jak mało kto. Ich wyjściowe propozycje, jeżeli wziąć pod uwagę ich PKB, sprawiają wrażenie nieprawdopodobnego wręcz skąpstwa. Ale to nie skąpstwo, tylko troska o publiczny grosz (i częściowo wynik konfliktu między zdominowanym przez Demokratów Kongresem a Białym Domem).
Tylko proszę mi nie pisać, że bezpieczeństwo jest bezcenne. Bo po pierwsze, na razie nie bardzo wiadomo, jak konkretnie tarcza miałaby nasze bezpieczeństwo podnosić, a po drugie - równie bezcenne w stosunkach z partnerami jest pokazanie, że nie jest się popychadłem. Jeśli ten rząd będzie potrafił to pokazać, zasłuży na szacunek. Jeśli nie - może i na Trybunał Stanu.


Komentarze
Pokaż komentarze (53)