Wczoraj lekarze z warszawskiego szpitala przy Banacha postanowili urozmaicić swój protest. Wyszli na ruchliwą ulicę przed szpitalem i zablokowali ją, chodząc po pasach. Wybrali najbardziej chamską i agresywną formę protestu: utrudnianie życie przypadkowym ludziom. Zachowali się identycznie jak rolnicy Leppera, choć podobno są po innej stronie barykady. Jak się okazuje - nie bardzo. Poziom chamstwa dokładnie ten sam.
Jeden z kierowców nie wytrzymał, wyskoczył z auta i oblał paru lekarzy olejem silnikowym. I choć postąpił gwałtownie, a oblana lekarka złożyła doniesienie do prokuratury, rozumiem go. Zwłaszcza że wypowiadając się potem do kamery, powiedział: „Czy to, że oni mało zarabiają, ma znaczyć, że ja mam się spóźnić do pracy?". Bardzo słuszne pytanie. I niech mi nikt nie mówi, że to „jedyny sposób zwrócenia uwagi". Czy fakt, że iluś lekarzy ma kompletnie nierealistyczne aspiracje płacowe (póki służba zdrowia wygląda jak wygląda) ma ich upoważniać do szantażu kosztem całkiem już przypadkowych ludzi - bo nawet nie pacjentów? Oczywiście - nie. Z lekarzami z Banacha powinno się stać to samo, co powinno było się dziać z blokadami Leppera: policja, zepchnięcie z jezdni, jak trzeba, to pały, jak trzeba, to mandaty i sądy. Oczywiście takiej reakcji nie było ani na Lepperowe blokady, ani teraz na lekarzy. Policja negocjowała z nimi, żeby łaskawie przepuścili chociaż autobusy. Ponegocjować to mogli i sami kierowcy, bez policji.
Lekarze ze szpitala przy Banacha zachowali się tak arogancko, że odpowiedzią na to powinien być równie arogancki gest. Dotyczy to zresztą także samego strajku. Każdy pacjent powinien się zastanowić, czy przypadkiem jego zdrowie nie zostało narażone na szwank przez protest. Jeśli tak, może w tej sprawie złożyć doniesienie do prokuratury. Wartkim potokiem powinny płynąć pozwy o pieniądze, wydane niepotrzebnie na dojazd na zabieg, który się nie odbył, za stracony czas, za każdą stratę, jaką ludzie ponoszą przez lekarski szantaż.
A może zablokowani wczoraj przez lekarzy kierowcy powinni zablokować wyjazd z parkingu przy Banacha, gdzie stawiają swoje auta doktorzy, spieszący się potem do swoich prywatnych praktyk? W odpłacaniu pięknym za nadobne jest coś nęcącego.
I ciekawostka: TVN podało wczoraj, że w województwach, gdzie większość lekarzy pracuje na kontraktach, protestu nie ma. Niektórzy dyrektorzy szpitali proponują swoim lekarzom zamianę etatu na kontrakt, ale te ruchy torpedują związki zawodowe. Dlaczego? Bo lekarz zatrudniony na kontrakcie przestaje być związkowcem. Oto kolejny przykład związkowego warcholstwa.
Żeby nie było nieporozumień: ja w korku na Banacha wczoraj nie stałem.


Komentarze
Pokaż komentarze (66)