W tym roku rząd obecny świętował upadek rządu Jana Olszewskiego. Zaiste, zalatuje to nielichą perwersją, żeby obchodzić rocznicę upadku jakiegoś rządu. Powołania - to jeszcze bym zrozumiał. Ale upadku? Z drugiej jednak strony wpisuje się to znakomicie w polskie upodobanie (a może tylko upodobanie części elit) do świętowania głównie narodowych klęsk, co uznawane jest przez świętujących za dowód patriotyzmu. Świętowanie sukcesów jest podejrzane, a jeszcze bardziej podejrzane jest kwestionowanie świętowania klęsk.
Z legendą rządu Olszewskiego znakomicie rozprawił się we wczorajszej „Rzeczpospolitej" Rafał Ziemkiewicz. W skrócie mówiąc - intencje może i szczere, wykonanie poniżej wszelkiej krytyki. A do tego dorobiona legenda, że rząd obalili wstrętni agenci, podczas gdy tak naprawdę obalił się na własne życzenie, przez swoją indolencję, niekompetencję i ofermowatość. Jednak nawet dzisiaj Jana Olszewskiego nie stać na samokrytyczną refleksję, czego dowodzi dobitnie wywiad z wczorajszego „Faktu".
W tym wszystkim zabawne jest, że to akurat rząd Jarosława Kaczyńskiego powołuje się na rozdętą legendę rządu Olszewskiego i celebruje jego upadek. Pod względem pragmatyki rządzenia oba te gabinety stoją bowiem na dokładnie przeciwnych biegunach. Tak jak rząd Olszewskiego był rozpaczliwie niepragmatyczny i ofermowaty, tak rząd Kaczyńskiego jest pragmatyczny do bólu i do przesady. W tym sensie faktycznie można powiedzieć, że obecny premier wyciągnął wnioski z historii premiera sprzed 13 lat i że nie byłoby rządu PiS, gdyby nie rząd Olszewskiego.


Komentarze
Pokaż komentarze (68)