Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
54
BLOG

Brońmy pierwiastka

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Polityka Obserwuj notkę 29

Przewodniczący Parlamentu Europejskiego ostrzega nas, że sami zrobimy sobie krzywdę, blokując rozmowy w sprawie mandatu ngocjacyjnego na Konferencję Międzyrządową z powodu systemu głosowania w Radzie UE. Pötteringowi wtóruje grono zatroskanych na miejscu, w Warszawie.

Wiele razy krytykowałem politykę zagraniczną PiS, głównie w wykonaniu Anny Fotygi, więc z tym większą przyjemnością mogę teraz napisać, że premier i prezydent mają w tym akurat wypadku rację: sprawę systemu głosowania w Radzie Unii Europejskiej warto stawiać twardo. (Trzeba tu dodać, że za strategię negocjacji w tej kwestii Fotyga szczęśliwie nie odpowiada; zajmują się tym Marek Cichocki i Ewa Ośniecka-Tamecka.)

Przede wszystkim trzeba odrzucić, jako czczą retorykę, nawoływania o uszanowanie wspólnego interesu i pogodzenie się z systemem podwójnej większości właśnie w imię tegoż wspólnego interesu. Wbrew uniijnym idealistom, byłem zawsze zwolennikiem widzenia Unii jako organizmu, gdzie jedynym realnym wspólnym interesem jest część wspólna interesów poszczególnych państw. Taka część bez wątpienia istnieje, w jednych sprawach większa, w innych całkiem mikroskopijna. Jednak nie ma czegoś takiego jak wyidealizowany, samoistny „wspólny interes europejski", oderwany od egoistycznie pojmowanych interesów krajów człokowskich - po prostu dlatego, że Unia składa się z suwerennych państw, mocno się między sobą różniących, a więc mających rozbieżne interesy w wielu sprawach. Jeśli któryś z tych krajów twierdzi, że działa wyłącznie w imię „interesu europejskiego", a nie swojego własnego, to znaczy, że działa zgodnie z własnym interesem bardzo subtelnie, umiejętnie i sprytnie.

Nie dajmy się także zwodzić zaklęciom tych, którzy projekt traktatu konstytucyjnego widzą jako jakieś nienaruszalne sacrum. Być może nowy traktat, scalający dotychczasowe, jest potrzebny, ale z całą pewnością nie musiał mieć rangi konstytucji. Projekt, opracowany przez Konwent, nie jest żadną świętością i z całą pewnością może być zmieniany. W postaci, w jakiej podpisał go Giscard d'Estaing, niektórzy w ogóle nie chcieli mieć z nim do czynienia. Ja uznawałem go za kompletny niewypał. Mimo szczerych postanowień przebrnąłem tylko przez części I i II. III jest nie do przetrawienia.

Mam do dziś w pamięci świetną okładkę numeru „The Economist", gdzie pokazano biurowy kosz na papiery pełen zmiętych kartek, a tytuł brzmiał: Where to file Europe's new constitution. Pamiętam też pewne seminarium w Fundacji Adenauera, jakieś dwa lata temu, gdzie uznałem rekomendację „Economista" z najwłaściwszą, co spotkało się z politowaniem przemieszanym z potępieniem ze strony obecnego tam Piotra Nowiny-Konopki, uznającego najwyraźniej propozycje Konwentu za swego rodzaju Pismo Święte.


Dla nas najważniejszy powinien być teraz jednak system głosowania, niezależnie od tego, jaki kształt ostatecznie przybierze nowy traktat. Gdy nie jest się mistrzem dyplomatycznych rozgrywek, lepiej skupić się na jednej sprawie. Ponadto daje to elastyczność we wszystkich pozostałych i możliwość zawierania doraźnych kompromisów i przymierzy. Z tego punktu widzenia niepokojące są wieści, że Pałac Prezydencki ma poważne wątpliwości nie tylko do systemu głosowania, ale i do niektórych innych punktów projektu. Jeśli zaczniemy rozpraszać siły na walkę ze zbyt wieloma sprawami, możemy polec we wszystkich.

W naszym interesie bez żadnej wątpliwości leży zachowanie jak największego wpływu na decyzje w Radzie UE, zwłaszcza że zakres głosowania większościowego jest stale powiększany, a nowy traktat zwększy go o kolejny zakres zagadnień. Ponadto przemawia do mnie argument, że godząc się na system podwójnej większości, godzilibyśmy się na drastyczne pogorszenie naszego znaczenia w Radzie w porównaniu z systemem nicejskim. Sposób głosowania jest kwestią umowną, więc argumentację naszych oponentów, że system podwójnej większości jest sprawiedliwszy, uznaję jedynie za retoryczną taktykę (kto chce się zapoznać z bliska z systemem pierwiastkowym, temu polecam najnowszy, 18. numer „Międzynarodowego Przeglądu Politycznego", gdzie publikujemy dwa obszerne teksty na ten temat - jeden z nich można przeczytać w sieci tutaj ). Akademicka dyskusja o tym, co jest sprawiedliwe - czy proste odbicie liczby ludności, czy pewne spłaszczenie siły głosów wszystkich państw - nie ma tu sensu. Na sprawę trzeba patrzeć z punktu widzenia klasycznego politycznego realizmu: dla nas korzystne jest takie i takie rozwiązanie, bo zwiększa nasze możliwości, i wobec tego do niego należy dążyć.

Jesteśmy w fazie, gdy wszystkie strony sporu starają się sondować swoje stanowiska, skłonność do kompromisu lub twardość postawy. Dlatego na razie nie warto traktować tego, co się mówi, jako probierza tego, co musi się stać. Choć sygnały w Kancelarii Premiera i Pałacu Prezydenckiego pozwalają zakładać, że weto wobec negocjacji w sprawie mandatu jest realne. Wetem szafować na pewno nie należy, ale jeżeli nie używać go w tak zasadniczej sprawie, to w jakiej?

Bardzo możliwe, że sprawa stanie na ostrzu noża i wszystko rozstrzygnie się w ostatniej chwili, podobnie jak to było w Nicei. Na unijnych szczytach, gdzie decyduje się o najistotniejszych kwestiach, rolę odgrywa często zwykła fizyczna odporność. Wygrywa ten, kto przetrzyma zmęczonych rywali, padających już nad ranem na negocjacyjny stół. I ta jedna rzecz wywołuje moje zaniepokojenie, bo jakoś trudno mi sobie wyobrazić Lecha Kaczyńskiego, który po 20 godzinach obrad nadal z pełną przytomnością umysłu walczy o nasze głosy. Ale premier - gdyby to on pojechał do Brukseli - kto wie...

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj29 Obserwuj notkę

Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (29)

Inne tematy w dziale Polityka