Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
179
BLOG

Bareja wiecznie żywy

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Polityka Obserwuj notkę 18

Wczoraj minęło 20 lat od śmierci Stanisława Barei. Nie chcę tu pisać apologetycznego tekstu o świetnym reżyserze - kto Bareję lubi, ten go lubi bardzo; kto go nie lubi, pewnie już nie polubi.

Dla mnie Bareja był geniuszem rozbierania na czynniki pierwsze polskich charakterów. Ci, którzy dzisiaj traktują jego filmy wyłącznie jako świadectwo tragiczno-komediowej rzeczywistości Peerelu, muszą być chyba ślepi. „Bareja wiecznie żywy" - nie wiem, czy on sam obraziłby się na takie strawestowanie stwierdzenia, dotyczącego towarzysza Iljicza, ale właśnie to zdanie przychodzi mi do głowy średnio kilka razy dziennie, w najróżniejszych okolicznościach. Bareja, owszem, pokazywał peerelowskie absurdy, ale w drugiej, głębszej warstwie pokazywał coś więcej: jacy Polacy są naprawdę. Można by powiedzieć: tak, ale to byli Polacy z Peerelu, zaszczuci, właściwie podbici, zmuszeni do cwaniactwa, prostacy wyniesieni przez chory system na sam szczyt, inteligenci strąceni do roli proli.

Racja, ale co ja poradzę, że codziennie mam poczucie, że się nic nie zmieniło? To znaczy - zmieniła się, rzecz jasna, forma. Ta jest całkiem inna. Ale pod tą formą tkwi cały czas to samo, i to na dodatek bywa, że dotyczy to ludzi, którzy o Peerel mogli najwyżej lekko zahaczyć w czasach przedszkolnych.

Myślę o Barei, gdy kelnerka w jednej z modniejszych warszawskich knajp ma wielki problem z policzeniem każdego z gości na osobnym rachunku i tłumaczy, że nie może tego zrobić, bo tak kierownik zarządził. Gdy słucham o ekipie roboli, wymieniających piony w pewnej kamienicy, rozstawiających lokatorów po kątach, niezorganizowanych, chamowatych i przekraczających wszelkie terminy, podczas gdy mieszkańcy nie mogą używać wanien ani ubikacji średnio od tygodnia. Gdy czytam w „Gazecie Stołecznej" o cwaniackim towarzystwie reklamiarzy, jawnie łamiących prawo i umieszczających wielkoformatowe banery w całym mieście często bez żadnych pozwoleń. Gdy oglądam w „Wiadomościach" materiał o przeciekającym nowym terminalu na Okęciu, którego nie można otworzyć od miesięcy, bo ciągle coś jest nie tak. Gdy koleżanka opowiada mi o swoich bojach z deweloperem oszustem. Oraz gdy spoglądam na facjatę wicepremiera Andrzeja Leppera.

To wszystko jest Bareja. Wszystkie te sprawy mogłyby się spokojnie znaleźć w jego nowym filmie, gdyby taki mógł dzisiaj nakręcić. Wszyscy ci ludzie nie różniliby się specjalnie od bohaterów „Misia", „Nie ma róży bez ognia" czy „Bruneta wieczorową porą".

Bareja zmusza mnie do zadania sobie pytania: skoro tak, to w czym leży problem? Czy to jest jakaś fatalna polska mentalność, przenoszona genetycznie z pokolenia na pokolenie? Jakieś głęboko zakorzenione upodobanie do cwaniactwa, pogardy dla siebie nawzajem, nienawiści do państwa, krętactwa, chamstwa, ofermowatości? Czy może z czasem z tego wyjedziemy, a filmy Barei staną się już tylko archiwaliami, niezrozumiałymi dla nowego pokolenia? Mimo całej mojej wielkiej sympatii dla jego twórczości, chciałbym, żeby tak się stało. Ale jakoś w to nie wierzę. Na razie Bareja ma się świetnie.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj18 Obserwuj notkę

Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (18)

Inne tematy w dziale Polityka