Pod moim poprzednim wpisem napisałem, w odpowiedzi na monity Quantasa, co uznam za sukces, a co za porażkę. Rezultat szczytu wypełnia opisane przeze mnie wtedy znamiona porażki. Słowem - wzięliśmy w skórę. Śmieszne są opowieści prezydenta, że wywalczyliśmy rozwiązanie lepsze od systemu pierwiastkowego. Zaproponowano nam kiepski ersatz, który przyjęliśmy, a polskie jastrzębie okazały się wróbelkami zdechlakami.
Owszem, do 2017 ma obowiązywać system nicejski, korzystniejszy dla nas niż system podwójnej większości z pierwiastkiem czy tym bardziej bez. To nam da wpływ na jedną czy dwie perspektywy finansowe. I koniec. Potem wchodzi po prostu w życie system, opisany w projekcie traktatu konstytucyjnego i kropka. Nic nie pomogą zaklęcia zwolenników PiS (jak te Jewropejczyka), że „potem można będzie otworzyć dyskusję". Drodzy fachowcy od dyplomacji - żadnej dyskusji się potem nie otworzy, ponieważ zapis w traktacie nic o tym nie będzie mówił. On będzie jasny i jednoznaczny: w 2017 roku wchodzi system podwójnej większości i koniec, a my jesteśmy w d... Jeżeli teraz opór krajów, które chciały nas pozbawić siły głosów był tak wielki, to wątpię, żeby zmalał przez te 10 lat.
Nic nie da nam hamulec bezpieczeństwa, który zresztą ma obowiązywać potem tylko przez trzy lata (a w pewnym momencie była mowa o jego bezterminowości, co może jeszcze było jakimś rozwiązaniem), gdyż nie daje on możliwości blokowania decyzji, a jedynie ich opóźniania. A ponieważ czas, przez jaki można je opóźniać, nie został precyzyjnie określony, więc będzie to źródło kolejnych sporów.
Między bajki można włożyć scenariusze takie jak Galby, upatrującego ratunku w wejściu do Unii Turcji (bardzo wątpliwe), Ukrainy (w tym okresie nierealne) albo w rozpadzie całej instytucji (bez komentarza). Oczywiście nie mam wątpliwości, że podobni Galbie propagandziści, którzy a priori uważają każde posunięcie obecnego rządu za przejaw największego geniuszu politycznego od czasów Aleksandra Wielkiego, zaraz orzekną, że odnieśliśmy gigantyczny sukces. Choć jestem pewien, że gdyby tydzień temu ktoś im powiedział, że może moglibyśmy się zgodzić na takie rozwiązanie, jakie zostało ostatecznie przyjęte, okrzyknęliby go zdrajcą. W końcu wtedy obowiązująca wersja była inna: pierwiastek i ani kroku wstecz.
Akurat w tym wypadku zgadzałem się z Braćmi i miałem nadzieję, że ten jeden raz, kiedy akurat naprawdę warto się postawić, zagrają ostro. Tymczasem oni oklapli. Informacje o poczynaniach Anny Fotygi, jakie dostawałem w czasie szczytu, zmrażały krew w żyłach. Premier przejął ręczne sterowanie negocjacjami z Warszawy dopiero wczoraj wieczorem. Gdyby nie wcześniejsze szaleństwa minister spraw zagranicznych, być może moglibyśmy osiągnąć o wiele więcej. Gdyby na szczycie zamiast prezydenta był premier - być może mogliśmy wygrać.
Dodatkowo fatalne jest to, że wytoczyliśmy najcięższe retoryczne działa, stawiając na szali nasz wizerunek w europejskiej opinii publicznej - co miałoby sens, gdyby przyniosło rezultat proporcjonalny do użytych środków. Niestety, okazało się, że strzelaliśmy z armaty do wróbla.
Tymczasem proponuję się przyjrzeć, co udało się po cichu osiągnąć Anglikom w czasie, gdy my toczyliśmy bitwę o pierwiastek tak zażartą, że w końcu zgodziliśmy się na byle ochłap.
P.S. Polecam ciekawe komentarze Melwasa i Eumenesa.


Komentarze
Pokaż komentarze (195)