Prezydencja niemiecka umieściła na swoich stronach ostateczną wersję projektu mandatu (w dokumencie „Presidency Conclusions"). Gdy nasza delegacja wyjeżdżała z Brukseli, ten draft nie był jeszcze dla niej dostępny.
Najważniejszy jest dla nas punkt 13. rozdziału III w 1. aneksie, zatytułowany „Provisions on institutions". Czytamy w nim:
The double majority voting system, as agreed in the 2004 IGC, will take effect on 1 November
2014, until which date the present qualified majority system (Article 205(2) TEC) will continue to apply. After that, during a transitional period until 31 March 2017, when a decision is to be adopted by qualified majority, a member of the Council may request that the decision be taken in accordance with the qualified majority as defined in Article 205(2) of the present TEC.
In addition, until 31 March 2017, if members of the Council representing at least 75% of the population or at least 75% of the number of Member States necessary to constitute a blocking minority as provided in Article [I-25(2)] indicate their opposition to the Council adopting an act by a qualified majority, the mechanism provided for in the draft Decision contained in Declaration nº 5 annexed to the Final Act of the 2004 IGC [shall apply]. As from 1 April 2017, the same mechanism will apply, the relevant percentages being, respectively, at least 55% of the population or at least 55% of the number of Member States necessary to constitute a blocking minority as provided in Article [I-25(2)].
Co to wszystko oznacza?
Zaczynając od pierwszego akapitu, opisującego okres przejściowy: w ciągu trzech lat pomiędzy 2014 a 2017 rokiem będziemy mogli wystąpić do Rady UE (ew. poprosić - wszystko zależy od tłumaczenia słowa request) o podjęcie decyzji wg systemu z Nicei. Nie ma jednak mowy o tym, żeby RUE miała obowiązek zgodzić się na to rozwiązanie. Projekt mandatu używa słowa request. Czyli - my możemy prosić, ale RUE wcale nie musi się godzić. Zwłaszcza że to z tej samej Rady wyjdzie przecież projekt prawa, które będziemy chcieli ewentualnie zakwestionować.
Kolejny akapit zajmuje się hamulcem bezpieczeństwa, czyli kompromisem z Joaniny. Wbrew początkowym informacjom - które i ja umieściłem na swoim blogu - w projekcie mandatu nie ma mowy o czasowym ograniczeniu działania tego mechanizmu. Ale co on nam tak naprawdę daje?
Do 2017 roku będą tu obowiązywać podwyższone progi mniejszości blokującej, czyli będzie nam z tego mechanizmu trudno skorzystać. Po 2017 roku, gdy wejdzie system podwójnej większości, progi zostaną obniżone. Ale czy hamulec stanowi wtedy dla nas jakieś zabezpieczenie? Zajrzyjmy do powoływanej Deklaracji nr 5, dołączonej do projektu Traktatu Konstytucyjnego, dotyczącej Artykułu I-25 pkt 2 projektu TK (co przy okazji pokazuje, żeśmy tu niczego nie wywalczyli, bo mechanizm hamulca istniał od dawna w projekcie TK). Czytamy tam (polska wersja, UKIE, Warszawa 2004):
Art. 1. Jeżeli członkowie Rady, reprezentujący:
[progi się zmieniają, więc idźmy od razu dalej]
zgłaszają swój sprzeciw wobec przyjęcia aktu prawnego przez Radę większością kwalifikowaną, Rada omawia tę kwestię.
Art. 2. Podczas tego omówienia Rada czyni wszystko, co leży w granicach jej uprawnień, aby w rozsądnym terminie i bez uszczerbku dla obowiązkowych ograniczeń czasowych, określonych przez prawo Unii, osiągnąć zadowalające rozwiązanie wątpliwości, podniesionych przez członków Rady, o których mowa w artykule 1.
Innymi słowy, hamulec pozwala nam tylko odwlec decyzję, ale absolutnie nie pozwala nam jej blokować. W dodatku odwleczenie zależy od dobrej woli Rady - tej samej, która przedstawia projekt, który nam nie pasuje - i jej przewodniczącego. Sformułowanie o „rozsądnym terminie" daje niemal nieograniczone możliwości torpedowania naszych ewentualnych prób opóźnienia jakiejś decyzji.
W sumie zatem odroczyliśmy egzekucję nawet nie o 10, ale zaledwie o siedem lat, a wszystkie mechanizmy, które pozornie miały nam wynagrodzić utratę mocnej pozycji, są funta kłaków warte, jako że nie dają nam żadnych twardych praw, a jedynie możliwości zwracania się do RUE w wątpliwych sprawach. Nie muszę pisać, że w twardej rzeczywistości europejskich interesów nie ma to większego znaczenia.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o nasz „sukces" w Brukseli.


Komentarze
Pokaż komentarze (131)