Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
130
BLOG

Narzekania zwykłego obywatela, czyli o imposybilizmie

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Polityka Obserwuj notkę 66

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Nie żadna poważna (ani niepoważna) analiza polityczna, ale po prostu narzekania wkurzonego obywatela, którego najbardziej obchodzi to, co go samego dotyka. Wiem, że kolejne stopnie strajku lekarzy, bomby w Londynie, aneks do umowy koalicyjnej, ale ja pokonałem wczoraj krajową siódemkę do Szydłowca i z powrotem i w trakcie tej podróży widziałem dwa obrazki, które kazały mi się zastanowić nad problemem ogólniejszym.

W drodze powrotnej na parkingu McDonald's w Radomiu stał elegancki czarny bus, chyba volkswagen, z przyczepką, na której jechały dwa mocno ubłocone quady. Później przez jakiś czas jechałem w sąsiedztwie dużego terenowego nissana, także ciągnącego za sobą przyczepkę z ubrudzonymi quadami.

Druga sytuacja zdarzyła się również w drodze powrotnej, na kilka kilometrów przed początkiem remontowanego odcinka siódemki. Droga jest tam jednojezdniowa, z dwoma tylko pasami i niezbyt szerokimi poboczami. Przy dużym ruchu trudno wyprzedzać i nikt myślący tego raczej nie robi. Jechałem w kolumnie kilkunastu albo nawet kilkudziesięciu aut, poruszających się z moim zdaniem rozsądną w tych warunkach prędkością około 100 km na godzinę. Z przeciwka cały czas ktoś jechał. W pewnym momencie we wstecznym lusterku zobaczyłem samochód, który wykonywał gwałtowne manewry wyprzedzające, zmuszając i jadących z przeciwka, i w tę samą stronę do zjeżdżania na skraj poboczy. Samochód znalazł się w pewnej chwili za autem jadącym bezpośrednio za mną, a nie mogąc wyprzedzić go z lewej strony, zaczął wyprzedzać poboczem z prawej. Jechać musiał prawdopodobnie ok. 120-130 km na godzinę. Ten sam manewr usiłował powtórzyć ze mną, ale w takich sytuacjach ja reaguję alergicznie, wobec czego zjechałem na prawo. Tamten gwałtownie szarpnął w lewo, wyprzedził mnie, znowu spychając niemal auto jadące z przeciwka do rowu, po czym zahamował mi przed maską, puszczając dym spod opon. Nie zrobił jednak na mnie wielkiego wrażenia, bo reakcje tego typu kierowców są w stu procentach przewidywalne, więc już wcześniej trzymałem nogę na hamulcu. Tamten pognał w podobnym stylu do przodu. Zatelefonowałem na policję, zgłosiłem sytuację - i tutaj ostrzegam także, bo niby czemu nie: volkswagen passat, oliwkowy metalic, numer rejestracyjny WF 70707.

I co z tego wynika? O problemach z szaleńcami, rozjeżdżającymi na quadach parki narodowe, straszącymi turystów i powodującymi wypadki znowu gdzieś ostatnio czytałem. To zresztą kolejny sezon, gdy media informują o tym problemie, zatem nie jest to żadna nowość. Zmiana polega na tym, że w tym roku chamstwa na quadach i motocyklach crossowych jest znowu więcej. I znowu czytam bezsilne skargi policji i Straży Leśnej: że nie mają tego chamstwa jak ścigać, że ich jest za mało, że nie mają sprzętu, a jak nawet przypadkiem kogoś zatrzymają, to i tak mogą mu tylko wystawić mizerniutki mandacik, z którego takie chamidło - na ogół dobrze uposażone - tylko się śmieje. Czyli - państwo przyznaje się do całkowitej bezsilności. Daje sygnał, że nie jest w stanie poradzić sobie z problemem i że winni ewidentnego złamania prawa pozostaną praktycznie bezkarni.

Podobnie jak szaleniec, który próbował mnie wyprzedzać poboczem. Choć policja z Grójca przyjęła ode mnie zgłoszenie, idę o zakład, że wariata nie chwycił żaden patrol. Jest za to duża szansa, że do mnie dotrze jeszcze mandat z fotoradaru, który zrobił mi zdjęcie, gdy jakieś pięć tygodni temu przekroczyłem prędkość na kompletnie pustym i równym jak stół odcinku trasy na Gdańsk. Opanowanie zjawiska drogowego chamstwa wymagałoby bowiem od policji znacznie większego wysiłku niż rutynowe kontrolowanie prędkości, które jest czynnością niemal całkowicie zautomatyzowaną. I tak kretyn w oliwkowym volkswagenie będzie szalał nadal, a ja prawdopodobnie zapłacę, mimo że on stwarzał olbrzymie zagrożenie, a ja bardzo umiarkowane, jeśli w ogóle. Podobnie szaleńcy na quadach pozostaną bezkarni, ale za wyrzucenie papierka na szlaku spokojny turysta mandat oczywiście dostanie.

Drogi - podobnie jak lasy czy góry - są w tej dziedzinie sferą anarchii, pozornie opanowanej przez pozorne działania państwa, reprezentowanego przez drogówkę czy Straż Leśną. Ci, którzy są wystarczająco szybcy, bezczelni i chamscy, w 90 procentach przypadków nie ponoszą żadnej kary. Ci, którzy są karani za postępki niegroźne lub przypadkowe albo starają się koniecznie wszelkich regulacji przestrzegać, czują się jak ostatni frajerzy.

Tak sobie myślę: nasze państwo tworzy wspaniale wyposażoną, nową służbę - CBA; rezygnuje w prowadzenia polityki zagranicznej na kolanach; wypowiada walkę Układowi - a nie jest w stanie opanować plagi idiotów na quadach w lasach? Jak to możliwe? Co tutaj nie gra? Gdzie tkwi przyczyna? Czy za quadami stoi jakieś potężne lobby quadowe, finansowane przez Niemcy? Czy może jakiś układ? Albo wręcz Układ? Czy quadowców inspiruje Platforma lub pogrobowcy WSI? Jak to jest, że załatwia się ponoć jakieś wielkie sprawy, a tak w porównaniu z nimi małej załatwić nie można kolejny rok z rzędu?

Jak to jest, że jeśli w Wielkiej Brytanii kierowca wjedzie na ciągłą albo próbuje się przedrzeć pasem dla policji, zostaje w ciągu 10 minut zatrzymany i dostaje taki mandat, że nakrywa się nogami? Jak to możliwe, że jeśli londyński autobus ma napisane z tyłu, że jazda pasem dla autobusów oznacza mandat w wysokości 100 funtów, to kierowca ma absolutną pewność, że jeśli wjedzie na ów bus pas, to ten mandat ani chybi dostanie, natomiast w Warszawie trzeba mieć gigantycznego pecha, żeby jazda pasem dla autobusów skończyła się mandatem? Czy w Wielkiej Brytanii rządzą inne prawa fizyki? Czy tam DNA jest skręcone w przeciwną stronę niż w Polsce? Czy w dobrej pracy polskiej drogówce przeszkadza Układ? Czy wszyscy szalejący kierowcy to posłowie PO z immunitetem? Czy może to złe media sprawiają, że nie sposób uporać się z problemem prywatnych aut na bus pasach?

Tam rząd odtrąbia co chwila wiekopomne sukcesy, a tu, na dole, mamy strefy anarchii, w których państwo otwarcie przyznaje się do bezsilności: rozjeżdżanie lasów oraz gór quadami i szaleństwa drogowych idiotów. Oczywiście takich stref anarchii jest w sumie o wiele więcej, to są jedynie dwa przykłady.

Wiem, oczywiście, to są niby sprawy niewspółmierne, a ja sobie kpię. Ale nie do końca. Mam przekonanie, że największą sztuką jest załatwianie spraw małych i drobnych i że naprawa państwa to właśnie oznacza, a nie wielkie i patetyczne projekty, ogłaszane z sejmowej trybuny. Tymi projektami zwykły obywatel może się, za przeproszeniem, podetrzeć. Dla niego liczy się to, co mu się zdarza na co dzień. A co się zdarza, to każdy z nas widzi.

W zapowiedziach, jakie składało PiS wiele razy, jednym z najbardziej odpowiadających mi punktów była walka z tzw. imposybilizmem, czyli sytuacją, że czegoś zrobić się nie da. W Polsce dotyczy to większości kwestii, załatwianych bez problemów w wielu cywilizowanych krajach. Symbolem imposybilizmu jest dla mnie słynny skecz kabaretu Dudek:

- Panie, ale mnie się woda leje!

- I musi się lać.

Otóż mimo gromkiego i oficjalnego ogłoszenia końca epoki imposybilizmu, on trwa w najlepsze. Walka z nim została wygrana jedynie na poziomie oficjalnej retoryki i pełnych samozadowolenia oświadczeń premiera.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj66 Obserwuj notkę

Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (66)

Inne tematy w dziale Polityka