Spędziłem trzy dni na konferencji Wilton Park w Centrum Europejskim w Natolinie. Temat - przyszłość Unii. Byli eksperci, urzędnicy i kilkoro dziennikarzy z całej Europy i spoza niej (jedna osoba ze Stanów).
Trzeciego dnia zaplanowano opcjonalną wycieczkę do Muzeum Powstania Warszawskiego. Postanowiłem zabrać się z grupą. Raz, że Muzeum Powstania przywraca mi wiarę w to, że nowoczesne muzealnictwo jest w Polsce możliwe - a wiarę tę łatwo stracić, gdy się poodwiedza nawet tak renomowane muzea jak Wawel (panujące tam bezsensowne ograniczenia to temat na osobną opowieść). Dwa, że zdążyłem się zorientować, że większość uczestników konferencji nie ma zielonego pojęcia o naszej historii, a już na pewno nie o jej najnowszym rozdziale, jakim jest Powstanie Warszawskie i chciałem zobaczyć ich reakcję.
Przekonałem się o tym dobitnie drugiego dnia. Na moje pytanie, czy wie, do jakiego muzeum jedziemy, młoda Czeszka odpowiedziała: „Chyba do żydowskiego?", a starsza Brytyjka była przekonana, że chodzi o muzeum powstania w getcie. Za tę pomyłkę mnie zresztą potem przepraszała, choć przecież nie miała za co.
Mój znajomy, wicedyrektor muzeum Paweł Ukielski opowiadał mi, że pracownicy są do tego przyzwyczajeni. Wielu spośród zagranicznych gości, którzy odwiedzają muzeum, jest przekonanych, że przyszli właśnie do muzeum powstania w getcie. Są niepomiernie zdziwieni faktem, że w Warszawie było jeszcze jakieś inne powstanie, o znacznie większym zasięgu i poważniejszych skutkach.
W autokarze przewodniczka z muzeum zrobiła krótkie wprowadzenie z historii Polski, do którego dorzuciłem siedzącemu obok mnie brytyjskiemu przewodniczącemu konferencji, Nickowi Hopkinsonowi, kilka ciekawostek. Na przykład tę, o której kilka dni wcześniej opowiedział mi znajomy, pokazując kupione niedawno w antykwariacie egzemplarze gazet z powstańczej Warszawy. Zapytał, czy wiem, ile takich gazetek wtedy wychodziło. „Ze dwadzieścia?" - zgadywałem. „Ponad 130" - odpowiedział. I to nie tylko jakieś odbite na powielaczu, ale także robione całkiem profesjonalnie, sitodrukowe, ze zdjęciami i ilustracjami. Do tego Paweł Ukielski, gdy spotkaliśmy się w muzeum, dorzucił informację, że ustrój powstańczej Warszawy był do tego stopnia demokratyczny, że swój przydział papieru dostawali nawet komuniści, choć drukowali na nim gazetki, wzywające do wcielenia Polski do Związku Sowieckiego.
Nie wspomniałem Nickowi o tym, jak Brytyjczycy potraktowali po zakończeniu wojny polskich lotników. Przypominam, że nie pozwolono im wziąć udziału w paradzie zwycięstwa, żeby nie drażnić Stalina. Nie chciałem go drażnić przed wizytą w muzeum.
Muzeum Powstania wywołuje we mnie zawsze poczucie dumy i trochę ściska mnie w gardle. I to nie z powodu okrucieństw wojny, choć wyznania niemieckiego żołnierza, pacyfikującego Powstanie, który jako jeden z niewielu zgodził się o tym opowiedzieć przed kamerą, są wstrząsające. Jestem dumny z tego, że w warunkach absolutnie ekstremalnych i nadzwyczajnych było możliwe tak dobre zorganizowanie instytucji i struktur państwa, działającego na skrawku polskiego terytorium. I to jest to, co chcieli podkreślić twórcy muzeum.
Do samego powstania jako faktu politycznego i przedsięwzięcia militarnego mam stosunek wybitnie krytyczny, ale to całkiem inna historia.
Przyglądałem się gościom z Łotwy, Luksemburga, Wielkiej Brytanii, Holandii, Danii, kiedy zwiedzaliśmy muzeum, niestety, w ekspresowym tempie, za to z bardzo dobrą przewodniczką. Widziałem, jak w miarę upływu czasu coraz wyraźniej docierało do nich, co się tu stało. Posłuchali o organizacji podziemnego państwa, o chybiających i skąpych zrzutach, robionych przez polskich pilotów, którzy ze swoimi brytyjskimi dowódcami musieli walczyć o prawo lotu nad Warszawę, obejrzeli protokoły ekshumacji zwłok w ruinach miasta, spróbowali przecisnąć się przez zrekonstruowany kanał ściekowy, wreszcie trafili do pomieszczenia, gdzie puszczany jest film z wyznaniami wspomnianego żołnierza Wehrmachtu. Tam zamilkli kompletnie. Kilkoro wyszło po paru minutach. Nie jest łatwo słuchać, jak miły, starszy pan opowiada zmęczonym głosem o tym, że dzieci z jednej ze szkół SS-mani zatłukli kolbami albo o słynnej masakrze w szpitalu na Woli. Odwiedziliśmy też czerwony korytarz, poświęcony epizodowi komunistycznemu, gdzie przewodniczka opowiedziała m.in. o mojej ulubionej postaci, czyli złodzieju Roli-Żymierskim, przez komunistów awansowanym na generała.
Wróciliśmy do autokaru, ruszyliśmy z powrotem do Natolina i wtedy niespodziewanie przemówienie przez mikrofon wygłosił Brytyjczyk z Europejskiego Banku Centralnego. Sens przemówienia był mniej więcej taki:
„Jestem z pochodzenia Żydem, ale bardzo rzadko o tym mówię. Teraz muszę. Są różne wizje historii, niekoniecznie nieprawdziwe, ale selektywne. Ta, którą właśnie widzieliśmy, była mocno selektywna. To był przykład nacjonalistycznej dumy.
Moja rodzina uciekła z Polski przed prześladowaniami. Jeśli dziś słyszę, że z ponad trzech milionów Żydów po wojnie było w Polsce jedynie nieco ponad 200 tysięcy, to pytam, jaka była tego przyczyna. Faktem jest, że wielu Polaków chętnie wydawało Żydów Niemcom. Że działały mieszane niemiecko-polskie plutony egzekucyjne, które rozstrzeliwały Żydów. I że po wojnie w Kielcach miał miejsce pogrom. Przeszłość nie może przysłaniać przeszłości, zwłaszcza gdy nie można się nią chwalić".
Zdębiałem. Otwarta polemika nie miałaby sensu.
Po powrocie do Natolina podszedłem do Brytyjczyka i powiedziałem, że jestem jego wypowiedzią mocno rozczarowany. Przypomniałem o Gęsiówce, o karze śmierci za pomaganie Żydom, o Żegocie, o drzewkach w Yad Vashem, o tym, że Kielce były wynikiem ubeckiej prowokacji. Zapytałem, skąd wziął informację o mieszanych plutonach egzekucyjnych, bo ja o tym słyszę po raz pierwszy.
Mój rozmówca zaczął wyjaśniać, że to nie tyle kwestia oskarżania Polaków o cokolwiek, ale dumy narodowej w ogóle. Że on zobaczył w Muzeum Powstania przykład szkodliwego i niebezpiecznego mitu, opartego właśnie na tej dumie, a tymczasem z czego tu być dumnym? On, jako Brytyjczyk, nie jest wcale dumny ze swojej brytyjskiej imperialnej przeszłości. „It's your problem" - odparłem. Gdybym ja był Brytyjczykiem, zapewne byłbym z niej dumny, choć - mówiłem - w waszym przypadku proporcja tego, czego można się wstydzić do tego, z czego można być dumnym jest znacznie mniej korzystna niż w naszym.
Mam wrażenie, że większość uczestników wycieczki przyjęła wywody mojego brytyjskiego kolegi z politowaniem, kwitując je po cichu słowem „obsession". Mam nadzieję, że moi konferencyjni koledzy coś jednak zrozumieli. Na przykład to, czego w sensie ustrojowym nie pozwolono nam odbudować po wojnie i o cośmy walczyli w Powstaniu i później. I że nie zaakceptowali przemówienia kolegi z ECB o „nacjonalistycznej dumie"
Muzeum nie głosi żadnej nacjonalistycznej legendy. Brytyjczyk, który uznał za stosowne wypowiedzieć się na ten temat, nic nie pojął z tego, co zobaczył. Powstańczy zryw uznał za równoważny z brytyjską dyskryminacją Hindusów w czasach kolonialnych albo z niemiecką fascynacją Hitlerem. Taka kompletna relatywizacja historii, a w ogóle, to patrzy do przodu, bez oglądania się wstecz, bo tam nic fajnego nie ma.
Dla mnie ważne jest to, że ludzie, którzy w 1944 roku próbowali odbić stolicę z niemieckich rąk, chcieli tu zbudować w pełni funkcjonalną, liberalną republikę. Gdyby im się udało - co było oczywiście niemożliwe z mnóstwa obiektywnych przyczyn - bylibyśmy zapewne - jak powiedział mi Paweł Ukielski - w gronie założycieli europejskich wspólnot, a obok de Gasperiego, Spaaka czy Schumana byłoby też jakieś polskie nazwisko.
Inny znajomy powiedział mi niedawno, gdy rozmawialiśmy o jakości polskiej polityki i ostatnich autorytetach: „Czy zdajesz sobie sprawę, że gdyby nie wojna i komunizm, dzisiaj w Polsce byłyby dziesiątki tysięcy Bartoszewskich?". Niestety - ma rację. Polską politykę i życie publiczne tworzyliby ludzie jakości Bartoszewskiego, Chrzanowskiego, Mackiewicza, Giedroycia czy Nowaka Jeziorańskiego, a nie Gosiewskiego, Kuchcińskigo, Kwaśniewskiego, Olejniczaka czy Schetyny. Gdy wychodzę z Muzeum Powstania, zawsze o tym myślę i robi mi się potwornie smutno.


Komentarze
Pokaż komentarze (123)