Już wiemy, bo pan prezydent był uprzejmy to ogłosić: tarcza jest przesądzona. Wiemy mniej więcej, co to oznacza po stronie kosztów: większe narażenie na atak - terrorystyczny lub ze strony któregoś z państw rozbójniczych, dalsze zadrażnienie stosunków z Rosją, problemy związane z obecnością amerykańskich żołnierzy na polskim terytorium, potencjalne straty, wynikające z ewentualnego zestrzelenia rakiet nad polskim terytorium.
O korzyściach nie wiemy na razie nic, poza wciąż powtarzanym frazesem o wzmocnieniu polskiego bezpieczeństwa. Nie ma ono oczywiście wynikać bezpośrednio z zainstalowania samej tarczy, ponieważ jej zadaniem jest ochrona terytorium USA, nie Europy, ale z założenia, że Amerykanie będą chcieli bronić swojej instalacji antyrakietowej przed atakiem, a więc niejako przy okazji będą bronić także Polski. To założenie to jednak trochę mało.
Wiadomo, czego powinniśmy od Stanów Zjednoczonych żądać: dodatkowej ochrony rakietowej dla instalacji, odpowiednich warunków finansowych za korzystanie z naszego terytorium, dobrych zasad stacjonowania wojsk amerykańskich w Polsce (sprawy związane z jurysdykcją wydają mi się szczególnie ważne, bo gdziekolwiek istnieją amerykańskie bazy wojskowe, to jest powodem największych problemów wizerunkowych i największego wzrostu antyamerykańskich sentymentów) oraz przede wszystkim znaczącego wzmocnienia pomocy w modernizacji naszego wojska, nie tylko w postaci pieniędzy, ale także dostępu do najnowszych technologii, jakimi dysponuje amerykańska armia (tu za wzór stawiane są umowy o współpracy wojskowej, jakie Waszyngton ma z Turcją i Izraelem). Czy coś z tego już uzyskaliśmy i czy w ogóle tego żądamy? Nie wiadomo, ponieważ ani pan prezydent, ani pan premier od miesięcy nie raczą się podzielić z opinia publiczną żadnymi informacjami, dotyczącymi negocjacji w sprawie tarczy. Nawet teraz, gdy pan prezydent ogłasza, że ona u nas na pewno będzie.
Oczywiście, nie na każdym etapie negocjacji można zdradzać, o co się one toczą i jakie są ich wyniki. Jednak gdy mamy do czynienia ze sprawą o absolutnie strategicznym znaczeniu, trzymanie ustaleń w tajemnicy przed własnymi obywatelami jest niepoważne.
Polska nie jest w sytuacji Korei Południowej, gdzie ewentualne referendum na temat obecności amerykańskich baz mogłoby przynieść negatywny wynik, ale gdzie odwoływanie się do obywateli nie ma wielkiego sensu wobec ciągłego zagrożenia ze strony Północy. Dla nas tarcza nie jest warunkiem istnienia państwa ani pokoju - przeciwnie, niesie z sobą jego potencjalne zagrożenie. Przedstawianie jej jako czegoś oczywistego jest sporym nadużyciem. To my robimy przysługę Ameryce, a nie odwrotnie, choć często można mieć wrażenie, że jest inaczej.
Sygnały dobiegające dziś z USA są niejednoznaczne. Miało nastąpić oddzielenie kwestii samego umieszczenia w Polsce tarczy od wszelkich innych spraw, których moglibyśmy zażądać w zamian. To oczywiście stawia stronę amerykańską w sytuacji wprost wymarzonej, bo sami oddajemy im bez walki naszego jedynego asa, którym jest trzymanie Waszyngtonu do ostatniej chwili w niepewności. Być może prezydent Kaczyński domagał się np. zwiększonej współpracy wojskowej i może nawet dostał taką obietnicę, tylko ile jest warta sama obietnica i dlaczego o tym akurat nie poinformował opinii publicznej? To, co zostanie powiedziane publicznie, trudno potem wycofać.
Oczywiście, jeśli rząd i prezydent nie zdecydują się na całkiem bezczelne posunięcie, umowę w sprawie tarczy czeka jeszcze procedura parlamentarna. I tu powstaje pytanie, czy zajmie się nią ten czy może już następny parlament, gdzie układ sił może być mniej sprzyjający amerykańskiej propozycji.
Znajomy przywołał w niedawnej rozmowie ze mną opinię jednego z zagranicznych komentatorów, który powiedział, że z Polakami zawsze jest tak, że najpierw dużo krzyczą i wiele się domagają, a potem się godzą na byle co. Dokładnie tak rozegrała się sprawa systemu głosowania w Radzie Unii Europejskiej. Oby tak samo nie rozegrała się kwestia tarczy antyrakietowej.


Komentarze
Pokaż komentarze (74)