Siedzę nad Wdzydzami. Wieś, gdzie jesteśmy, nieduża, choć w ostatnich latach nieco się rozbudowała. Podobno wiele nowo zbudowanych domów należy do miastowych. Niektóre są duże, porządne. Inne to wykupione, odremontowane i odszykowane domki letniskowe na terenie niedalekiego ośrodka wypoczynkowego (jak to się z prawnego punktu widzenia odbyło, nie rozumiem). Jeszcze inne są bardziej prowizoryczne, trochę przypominają chałupki stojące na działkach, ale za to położone są znakomicie - kilka stoi nad samym brzegiem jeziora.
Ludzi jak na lekarstwo, sezon widocznie już się tutaj skończył. Spokój, cisza, przepiękne zachody słońca, które można oglądać i fotografować z tarasu na skarpie, schodzącej nad brzeg jeziora, przy domu, gdzie mieszkamy. Kolorowe, złote, czerwone, błękitne i żółte, podświetlone spod horyzontu chmury, błękitne jezioro, na horyzoncie las, porastający wyspy.
Szkoda psuć takie wrażenie wiadomościami z warszawskiej polityki, prawda? A jednak - może mam już skazę zawodową, ale całkiem oderwać się od tego nie jestem w stanie. Wprawdzie śledzenie wydarzeń jest utrudnione - nie mamy w pokoju telewizora, a radio ma ukręconą antenę. Własnego nie zabraliśmy, a z komórki bez zestawu słuchawkowego z kablem radia zrobić się nie da. Jest natomiast Internet. Zasięg sieci komórkowych akurat w tym punkcie jest kiepawy, ale sieć bezprzewodowa jednak działa. Nie ma oczywiście mowy o UMTS-ie, więc do dyspozycji jest tylko znacznie wolniejszy GPRS, ale zawsze. Dzięki temu wiem, co się stało, a jest tego całkiem sporo. Mam nawet wrażenie, jakby po moim wyjeździe z Warszawy wydarzenia dostały nagły impuls.
Odnotowując to, co wydaje mi się najciekawsze (choć wiem, że wielu z Czytelników sprzeciwia się mieszaniu w jednej notce wielu wątków; trudno).
I.
Dziwaczny występ Kazimierza. Wszyscy, o ile byłem w stanie obserwować, ekscytowali się od rana jego oświadczeniem, że był podsłuchiwany. Wieczorem okazało się, że nic takiego nie mówił, nie wykluczył tylko, że mógł być podsłuchiwany, a konkretnych przesłanek, że był, nie ma.
Na tej zasadzie ja nie mogę wykluczyć, że i mój telefon jest na podsłuchu. Ba, nie mogę także wykluczyć, że byłem obserwowany ze sterowca, który dziś około godziny 13.30 przeleciał nad wsią. Nie mogę wykluczyć, że siedzieli w nim agenci Mossadu, którzy szykują na mnie zamach. Podobnie jak nie mogę wykluczyć, że przegnani z Klewek talibowie schronili się właśnie gdzieś tutaj, w spokojnej okolicy.
Spytałem dzisiaj kolegę dziennikarza, który jest w Warszawie, czy jego zdaniem Marcinkiewicz ma jakiekolwiek konkretny powód, żeby twierdzić, że był inwigilowany. Odpowiedział, że wydaje się, że nie. Że były premier po prostu wyczuł koniunkturę na tego typu rewelacje i postanowił ją wykorzystać. Po paru godzinach wyglądało, że mój kolega miał rację.
Kilka razy znęcałem się tutaj nad Marcinkiewiczem - którego zresztą prywatnie, jako człowieka, bardzo lubię, bo jest niezwykle ujmujący i przesympatyczny - jako uosobieniem politycznej osobistej porażki. Jest jasne, że ma prawo mieć do Jarosława Kaczyńskiego żal. Ale wybrał najgorszą i najbardziej żenującą metodę jego kanalizacji: przez nieefektywne podgryzanie. Najpierw pokornie dał się odwołać, nie podejmując żadnej walki, potem oficjalnie deklarował pełną lojalność, a następnie zaczął tu i tam wsadzać szpile. I żeby z nich coś jeszcze wynikało, ale nie - to nawet nie jest dobry sposób na powrót do polityki, od czego zresztą się Marcinkiewicz oficjalnie odżegnuje.
Kolejny raz z ogromną przykrością patrzę na jego wygibasy, z których teraz się wycofuje, co jest chyba jeszcze bardziej żenujące niż to, z czego się wycofuje.
II.
Kielce i strajk kierowców MPK. Kto mnie czytuje, może się domyślić, jaką mam w tej sprawie opinię. Kierowcy domagają się tego, czego zawsze domagają się związki - ze szkodą dla gospodarki i konsumentów: poza wyższymi płacami, pakietu socjalnego bezpieczeństwa, w tym gwarancji zatrudnienia. To oczywiście oznacza usztywnienie rynku, choćby w lokalnej skali, i większe możliwości wysuwania następnych żądań w przyszłości. A także bezkarność tych kierowców, którzy do tej roboty się nie nadają i powinni z niej wylecieć.
Ilekroć gdzieś stać kogoś na to, żeby stanowczo rozprawić się ze związkowym warcholstwem, tyle razy odczuwam z tego powodu osobistą satysfakcję. Władze Kielc wydają się dość stanowcze. Sprawa jest prosta: należy wyrzucić kierowców z terenu komunalnego, jeśli trzeba, to przy udziale policji, zlikwidować MPK, jak najszybciej ogłosić otwarty przetarg na obsługę transportu miejskiego - niekoniecznie całego, można jego strukturę podzielić na segmenty, które będzie obsługiwać kilka mniejszych, prywatnych firm. Zrobią to taniej, lepiej i sprawniej niż dotychczasowy moloch.
III.
Jarosław Kaczyński nabrał nieufności do Donalda Tuska i na wypadek, gdyby miał podawać rząd do dymisji (czyli w wariancie trzech kroków konstytucyjnych do rozwiązania parlamentu przez prezydenta), chce gwarancji, że Platforma tego nie wykorzysta i nie powstanie rząd alternatywny z jej udziałem.
Nie widzę powodu, dla którego takich gwarancji, nawet na piśmie, nie miałby premier dostać. To znaczy - formalnie takiego powodu nie ma. Nie ma go także, jeśli założyć, że Tusk poważnie traktuje swoje wcześniejsze, ustne zobowiązania. Ale faktycznie takie powody mogą być. Może nim być na przykład opozycja wewnątrz PO wobec jakichkolwiek układów z PiS. Frakcja, która nie chce żadnego porozumienia z partią Jarosława Kaczyńskiego, nie jest wcale mała ani słaba. Tusk musi się z nią liczyć, być może nawet bardziej, niż by sobie życzył. Jego reakcja na dictum JK pokaże nie tylko, jakie mogą być potencjalne zamiary PO, ale także, jaka jest realna siła Tuska jako lidera. Zakładając oczywiście - mam nadzieję, że mogę to zrobić - że Tusk chce dotrzymać zobowiązania i wolałby nowe wybory, będące częściowo otwarciem nowej, czystej karty, niż wykańczanie PiS-u wespół z Lepperem, Giertychem i Olejniczakiem.
IV.
Wiadomość, która chyba została gdzieś na marginesie: tekst ambasadora Janusza Reitera w „Washington Post". Jest to reakcja na niedawną decyzję Kongresu o zmianach w polityce wizowej, które jednak nie oznaczają dla nas właściwie żadnej odmiany sytuacji. Podobny tekst napisał, jeszcze w czasie swojej pracy w American Enterprise Institute, Radek Sikorski. Tezą tamtego artykułu było, że jeśli Waszyngton bardziej się nie postara, Ameryka zacznie tracić sympatię Polaków. Problem wizowy był dla Sikorskiego symboliczny, choć wymiernie niezbyt istotny.
Reiter kończy swoją rolę jako ambasador RP w Waszyngtonie - Lech Kaczyński do samego początku patrzył na niego niechętnie. Do tego stopnia, że wzdragał się przed spotkaniem z nim przed swoją pierwszą wizytą w USA, gdy Reiter był specjalnie w tym celu w Warszawie. (Takie spotkanie to standardowa procedura; prezydent Kaczyński ze swoim brakiem doświadczenia zagranicznego zrobiłby bardzo nierozsądnie, gdyby się z Reiterem wtedy nie zobaczył - na szczęście został do tego w końcu namówiony.) Tym tekstem Reiter stawia na koniec swojego urzędowania mocny akcent.
Obawiam się jednak, że skutek będzie taki sam jak wszystkich dotychczasowych wysiłków i apeli - czyli żaden. To najlepiej pokazuje, jak jesteśmy traktowani przez Waszyngton. Potwierdza się odwieczna zasada stosunków między bardzo silnym i o wiele słabszym partnerem: jeśli słabszy nie szanuje sam siebie, nie będzie szanowany przez silniejszego. My przez lata pokazywaliśmy, że zrobimy wszystko, czego Ameryka od nas zażąda, nie żądając niczego w zamian. Potulne przedłużanie w nieskończoność naszej irackiej misji jest tego najlepszym dowodem. Po uchwale Kongresu powinniśmy zwinąć naszych żołnierzy w trybie ekspresowym - to był ostatni moment na pokazanie, że nie damy sobą pomiatać. Nie zrobiliśmy tego. Negocjacje w sprawie tarczy biegną nadal w całkowitej tajemnicy, nie wiadomo o nich nic, natomiast przecieki - nie wiadomo niestety także, na ile wiarygodne - mogą wskazywać, że godzimy się ponosić koszty przygotowania bazy. Słowem - na każdym kroku dajemy Amerykanom powody, żeby myśleli, że przybiegniemy na każde gwizdnięcie i w związku z tym nie trzeba nam się w żaden wymierny sposób odwdzięczać. Starczy, jeśli od czasu do czasu przyleci do nas główny lokator Białego Domu i poklepie naszego prezydenta po plecach.
***
Z góry przepraszam tych, którzy coś pod spodem napiszą ciekawego i którym nie odpowiem. Może znajdę chwilę czasu wieczorem, ale w ciągu dnia przesiadywał przy komputerze nie będę. Jeśli pogoda będzie w miarę stabilna, jedziemy do skansenu we Wdzydzach Kiszewskich pofotografować i pojeść ruchanki w gospodzie w skansenie (polecam, menu lokalne, potrawy obfite i pyszne). To taki miejscowy specjał, coś w rodzaju placków drożdżowych, ale proszę mnie nie pytać, skąd ta nazwa.
No, chyba że będzie padać.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)