Dla niezorientowanych: chodzi o tegoroczny letni sezon skoków narciarskich. Ten kuriozalny twór (coś na kształt podziemnego skakania ze spadochronu albo halowego golfa), jak już kiedyś napisałem, niegodny byłby opisu, gdyby nie fakt dość istotny. Wyniki uzyskane w lecie przez zawodników danego kraju przekładają się potem na ilość jego reprezentantów mogących występować w konkursach sezonu zimowego. W tym sensie narciarskie lato pozostawiło po sobie pewne korzyści. Takie mianowicie, że na początku normalnego, narciarskiego, zimowego PŚ będzie nas reprezentować 6-ciu skoczków. W porównaniu z poprzednim sezonem jest to niewątpliwy postęp. Gorzej jest w II lidze, to znaczy tak zwanym Pucharze Kontynentalnym. Na skutek błędów obsadowych sztabu trenerskiego, ale nie tylko, mamy prawo do wystawienia tylko 4 sportowców. Sytuacja powinna się w tej mierze poprawić już od stycznia, bo wielu naszych skoczków ma szanse na awans w rankingu, który gwarantuje ich udział w zawodach (nie będę wchodził w szczegóły), ale na razie jest, jak jest.
Zbliża się najważniejszy od 4 lat dla wszystkich przedstawicieli dyscyplin zimowych, również dla skoczków, sezon. Sezon olimpijski. Być może najważniejszy sezon w życiu Adama Małysza.
Aha. Mimo wszystko dodam, że w rozegranych w weekend Mistrzostwach Polski w skakaniu na igelicie dwukrotnie, z dużą przewagą, zwyciężył Adam Małysz. Przyznam się, że do końca nie wiem jak to rokuje na zimę. Kilka lat temu rokowało dobrze. Nawet bardzo dobrze. Ale teraz, kiedy o miejscu w konkursie decydują jakieś wyciągnięte z rękawa i niesprawdzone wzory matematyczne? Na razie, na rozkaz światowej centrali skoków, w tym głównie Blattera skoków, niejakiego Hofera Waltera, większość ekip niby te nowe rozwiązania chwali. Choć już widać, że z coraz mniejszym entuzjazmem. Ciekawym kiedy zacznie się totalna krytyka. Myślę, że nie trzeba będzie czekać aż do olimpiady.
Nikt nie neguje konieczności zmian w skokach mających na celu wyeliminowanie wpływu wiatru czy śniegu. Ale nie można tego robić ad hock w oparciu o zupełnie nie przygotowane i nie sprawdzone metody.
Obawiam się, że jeśli FIS pozostanie przy swojej nowej metodzie wyłaniania zwycięzców, której na dobre nie zweryfikuje i nie poprawi (zmieni) to konkurencja skoków narciarskich stanie się zwykłą farsą. I wtedy nie ucieszy nawet złoty medal w Vancouver zdobyty przez Polaka. Co zresztą, w świetle dotychczasowych preferencji pana Hofera et consortes, jest z gruntu niemożliwe. Nie polskie asy, kiedy może, dyrekcja PŚ z rękawa wyciąga. Dawniej można sobie z tym było (vide Małysz i jego dokonania) poradzić. Nowe przepisy pozwolą na to w znacznie mniejszym stopniu.
51
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (4)