O księdzu Jerzym pierwszy raz usłyszałem po jego porwaniu. Jest to raczej dość zrozumiałe zważywszy, że ani nie mieszkałem, ani nie studiowałem w Warszawie. Mimo bycia od dziecka bardzo krytycznym (w takiej atmosferze miałem szczęście wyrastać) wobec komunistów, nie interesowałem się raczej kościelnymi liderami walki z reżimem. O ile kogoś, kto upomina się o elementarne, obowiązujące w każdym w miarę normalnym kraju, prawa ludzkie można nazwać liderem walki. Ale w realnym socjalizmie tak mają. Tym bardziej, że tych, co się potrafią upomnieć jest zaledwie kilkudziesięciu na naród.
Mam pamięć dobrą, ale krótką. Więc szczegóły relacji radiowych czy telewizyjnych pamiętam jak przez mgłę. Przed oczyma stają mi tylko dwa, bardzo wyraźne, obrazy. Myślę, że pozostaną w mojej słabej, jak napisałem, pamięci do końca życia. Pierwszy to zdjęcie zwłok ks. Jerzego. Drugim jest pewny siebie wyraz twarzy siedzącego na ławie sądowej Piotrowskiego, który bez zmrużenia oka i bez żadnych emocji podawał detale akcji i morderstwa.
Wiem, że śledziłem dokładnie i z zapartym tchem przebieg odbywającego się w lutym 1985 roku procesu. Byłem jeszcze na tyle młody i głupi, żeby uwierzyć, że to wydarzenie przyczyni się do powrotu normalności w moim kraju. Zabrało mi to na tyle dużo czasu, że nie podszedłem do najtrudniejszego wtedy, w sesji zimowej, egzaminu z elektrotechniki. Straciłem termin. Koledzy wrócili z egzaminu i wymieniliśmy informacje. Ja im opowiedziałem o procesie, oni mi o przebiegu egzaminu.
Strata terminu nie miała na szczęście żadnych reperkusji, co więcej sprężyłem się gdzieś pod koniec marca i było, ku zaskoczeniu mojemu i nie tylko, pewne 3,5. Nawet ze wskazaniem na więcej, ale pierwszoterminowym dezerterom tego więcej nie dawali.
Koledzy, którzy oblali pierwszy, drugi i jeszcze parę kolejnych, dodatkowo tworzonych terminów (egzamin był na tyle trudny, że bez tego typu wybiegów trzeba by było chyba rok rozwiązać) żartowali później, że ten stosunkowo łatwo zdany egzamin to nie jest jedynie moja zasługa i że kto wie, czy ksiądz Jerzy nie maczał w tym palców. Z tego co słyszałem robił to potem, ale w znacznie poważniejszych i rzeczywiście na to zasługujących sprawach.


Komentarze
Pokaż komentarze