W straszną paranoję można wpaść.
Z jednej strony człowiek chciałby, żeby ta nasza reprezentacja grała w końcu jak ludzie, czego obecny trener może nie gwarantuje, ale stwarza po temu jakieś nadzieje. Ale jest jeszcze strona druga. Taka mianowicie, że ewentualne sukcesy drużyny prowadzonej przez Smudę będą skutkowały najprawdopodobniej uratowaniem najwyżej usytuowanych obecnie PZPN-owskich urzędników, ich stołków i tego, co na tych stołkach spoczywa.
No i co? Jest, mimo wszystko, dylemat. Ale dla dobra polskiej piłki to jednak chyba będzie lepiej, żeby Smudzie się totalnie nie udało. Tyle, że on jest za ambitny, żeby to zrozumieć. I tutaj nie ma na niego co liczyć. Zrobi wszystko, żeby odnieść sukces. Jeśli mu się uda – uratuje dupy Latów, Piechniczków, Engelów i innych grabarzy polskiej piłki. A po jakimś czasie, kiedy nastroje wśród kibiców będą znacznie mniej rewolucyjne i żeby nie bruździł włodarzom w interesach i nie zyskiwał przez przypadek na znaczeniu, sam dostanie kopa w dupę. Bo będzie już niepotrzebny.
Chyba, żeby trener dokonał czegoś, powiedzmy, niebywałego. Na tyle dużego, że to on stałby się ośrodkiem dyspozycyjnym piłkarskiej władzy. Trudno sobie to wyobrazić, ale nie jest to niemożliwe. Tylko co to musiałby być za sukces? Mistrzostwo Europy? Wtedy tak. No to życzmy Polakom zwycięskiego finału w Kijowie. Albo samych kompromitujących porażek w najbliższym półroczu. Bo te spowodowałyby jednak z pewnością wyrzucenie z posad bryły świata. Występującej w tym przypadku w postaci piłkarskich reliktów PRL-u.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)