W związku z mającą się rozpocząć wczoraj rozprawą sądową, w której stroną skarżącą będą skoczkinie narciarskie składające apelację od decyzji MKOl nie dopuszczającej ich do występu w Vancouver, rozgorzała na nowo dyskusja w tej sprawie. Również u nas. Moje zdanie, jakby kogo interesowało, jest następujące.
Wbrew idei de Coubertina, który żył przecież w zupełnie innych czasach, żeby ktoś mógł wystąpić obecnie na igrzyskach to musi się znaleźć odpowiednio duża grupa osób, która będzie go chciała oglądać. Jeżeli tej grupy nie ma to musi się znaleźć odpowiednio bogaty sponsor, który organizatorom wynikające z takiego startu straty wynagrodzi. No i czynnik może najważniejszy. Poziom sportowy danej konkurencji.
W moim odczuciu skoczkinie narciarskie NIE SPEŁNIAJĄ ŻADNEGO z wyżej wymienionych warunków. I nie jest dla nich usprawiedliwieniem czy też argumentem przemawiającym na ich korzyść, że wśród innych konkurencji, które na olimpiadzie reprezentowane będą, też są takie, które żadnego z tych trzech warunków nie spełniają. To tamte dyscypliny trzeba z igrzysk wykluczyć, a nie babskie skoki prawem kaduka wprowadzać.
Wszystko ma swój czas. Na skaczące na nartach panie czas też, prędzej czy później, przyjdzie. Ale najpierw muszą się nauczyć skakać. Jak to zrobią – proszę bardzo.
A sąd niech im przyzna rację. I niech startują w zimowych igrzyskach. Za lat osiem. Zamiast kobiet i mężczyzn jeżdżących po muldach. Bo w sporcie powinno być jeszcze wiadomo o co chodzi.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)