HareM HareM
815
BLOG

Piąty wielkoszlemowy skalp Igi Świątek!

HareM HareM Tenis Obserwuj temat Obserwuj notkę 28
Polka kolekcjonuje w tym roku hat-tricki niczym drzewiej, w Bundeslidze, Lewandowski

Miałem zacząć od tych tytułowych hat-tricków, ale zacznę od ukłonu w stronę Jasmine Paolini. Była oczywiście dzisiaj dużo słabsza, ale zaczęła niczym nr 1 na świecie. Ostrej amunicji starczyło na 3 gemy, ale za to jakie! Przegrała, wynikowo, jeszcze wyraźniej niż Coco dwa lata temu. Ale dzisiejszy mecz był dużo piękniejszy i dużo bardziej wyrównany. I stał naprawdę, mimo że Włoszka w jego trakcie obniżyła standardy, na wyższym poziomie. Wynik końcowy na pewno nie oddawał emocji jakie towarzyszyły spotkaniu. Brawo Paolini! I ta wyjątkowo sympatyczna przemowa po meczu. Już wiem komu będę od dziś bezwzględnie kibicował, jak na korcie nie będzie Polek.
Iga zagrała dzisiaj jak profesor. Metodycznie, ze świadomością przewag, jakie posiada nad Włoszką i bez towarzyszącego jej w niektórych meczach zbędnego zdenerwowania. To, co pokazała między czwartym gemem pierwszego seta i piątym drugiego, ocierało się o … No właśnie. Słów nie ma.
Kolejny wspaniały turniej NDN-u i kolejny zasłużony tytuł. 22-gi w ledwie 6 lat trwającej poważnej zawodowej karierze. A przypomnę, że wśród tych 22-ch tytułów tylko jeden ma rangę WTA 250 i tylko kilka WTA 500. Reszta to najbardziej prestiżowe kategorie turniejów na świecie. Szlemy i tysięczniki. Nie pora teraz się nad tym rozwodzić, przygotuję na koniec sezonu osobny tekst tego dotyczący, ale z czynnych zawodniczek tylko 23-letnia Venus Williams mogłaby stanąć w szranki z 23-letnią Igą. Reszta, jak jeden, wygląda przy Polce jak ubogie krewne. Takie, bez wyjątku, dziewczynki do bicia. A do końca sezonu jeszcze pół roku!
No to przejdźmy do hat-tricków.
Tym razem Iga ustrzeliła, za jednym razem, dwa. Oba niepospolitej urody i wagi. I oba, stosując terminologię piłkarską, klasyczne.
Pierwszy obejmuje trzy tytuły mistrzowskie w bezpośrednio po sobie następujących najważniejszych turniejach na cegle. Madryt, Rzym i Paryż. Drugi, jeszcze piękniejszy, to oczywiście trzy z rzędu triumfy na kortach Rolanda Garrosa. Takie rzeczy już się oczywiście w historii damskiego tenisa zdarzały, ale żeby naraz, to chyba nie. Mogę się oczywiście mylić, ale jak sięgam, wątłą rzecz jasna, pamięcią, to sobie nie przypominam.
Jednocześnie Świątek zaliczyła czteropak w Paryżu i okrągłe, piąte, zwycięstwo w Wielkim Szlemie. Tym samym dołączyła do takich sław żeńskiego tenisa (ktoś wie, czy jest damski odpowiednik tuza?) jak Hingis czy Szarapowa, a oderwała się, i to na zawsze, od Clijsters, Sanchez Vicario, Mandlikovej czy Osaki (przy tym ostatnim nazwisku kto chce, może przy „na zawsze” postawić znak zapytania). W erze open tylko 10 tenisistek zdobywało więcej tytułów Wielkiego Szlema niż Polka. Najbliżej ma do Goolagong, Henin i starszej Williams, na których koncie są o dwie wygrane więcej niż na koncie Igi. Po tym co zobaczyłem w ostatnich tygodniach zastanawiam się jaką przewagę od tym względem (jeśli w ogóle) będą miały nad Świątek na koniec tego roku.
OK. Wypada zaczerpnąć świeżego powietrza, odetchnąć i wyluzować. Może nie tyle po finale, bo ten, mimo że go wyżej mocno chwalę,  stawał się z upływem czasu, nieco jednostronny i stan emocji kibiców, tych z Polski szczególnie, zmierzał od połowy pierwszego seta ewidentnie w stronę stabilności, ale przed podgrzewaniem emocji z tytułu olbrzymich szans Igi na zdobycie tytułu mistrzyni olimpijskiej i, to przede wszystkim, jej pierwszego lauru w Londynie. Co ma być, to będzie. Nie ma co bębenka nakręcać.
Trzeba to podkreślać co rusz, bo kibicowski apetyt potrafi sięgnąć zenitu, a wiadomo, że co za dużo, to niezdrowo. Ja to nawet byłbym skłonny do nakłaniania, żeby Iga odpuściła w tym roku sezon na trawie i skupiła się, na razie, na igrzyskach, a potem na Ameryce i Chinach. Tym bardziej, że przed igrzyskami jest kilka turniejów mniejszego kalibru na cegle i można w ten sposób tę wielką formę podtrzymywać.
Przy czym takie założenie jest najprawdopodobniej nierealne bo, po pierwsze, sama Iga ma coś z kibica. Apetyt, znaczy. I, jak ją znam, nie będzie chciała słuchać, żeby odpuścić w tym roku trawę. Po drugie team może uznać, że przewaga Polki jest w tym momencie tak duża, że na żadnej nawierzchni nikt nie ma do niej startu, a różnica na paryskiej cegle jest tak ogromna, że trawiasty przerywnik, choćby miała z nim całomiesięczny romans, w żaden sposób nie jest jej w stanie przeszkodzić w zdobyciu olimpijskiego złota. Ja to uważam za nieco ryzykowne, ale nie będę dyskutował ze sztabem, którego duża część doprowadziła do 22-ch tytułów mistrzowskich, w tym 5-ciu WS-ów, a druga duża część ma tych tytułów z Igą niewiele mniej.
A propos sztabu, bo z okazji okrągłego Szlema wypada jednak dwa zdania. Człowiek się ich czasem, z reguły bez powodu pewnie, czepia, ale jedno trzeba sobie jasno powiedzieć. Iga znów była do turnieju świetnie przygotowana.
Cieszmy się tak długo jak można tą chwilą, bo w najbliższym czasie nic wesołego nas, najprawdopodobniej, nie czeka. Nadchodzi czas piłkarskich Mistrzostw Europy. Tam obijania rywali, niczym Iga Coco, spodziewać się trudno. Jeśli już, to raczej wręcz odwrotnie. Choć ja bym akurat nie miał nic przeciwko, żeby 16-go czerwca mnie jakieś deja vu ze Stadionu Śląskiego’75 spotkało.

HareM
O mnie HareM

jakem głodny tom zły, jakem syty to umiem być niezły

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport