3 godziny mi z tym zeszło. Zbierałem się do tego jak wilk do jeża. Od drugiej praktycznie. Zwolnilem się o pierwszej z pracy, pojechałem nad staw, kupiłem biedaczki i przywiozłem do domu. Do wanny i...
Tuż przed drugą wymyśliłem, ze przecież musze dzisiaj koniecznie iść do lekarza na kontrolę. Chyba do kontroli bo dotyczyła mnie, nie jego. Pech chcial, że pani doktor stwierdziła, że idzie ku lepszemu. Wrócilem przed czwartą. A w wannie może nie gwarno, no bo jak, ale ruch jak na Marszałkowskiej. No to... Przypomniało mi się, że młodszy ma dzisiaj wywiadówkę. Tak przynajmniej wczoraj żona mówiła. O wpół do piątej. No to zaproponowałem koleżance małżonce, że dziś to może ja pójdę. Spojrzała na mnie jakby mnie przed chwilą TIR potrącił i słowa nie rzekła. No to ja sru... w kurtkę i na zewnątrz. Za trzy minuty byłem w szkole. Znów pech. Młodziak akurat nic nie zbroił i pani kategorycznie skierowała się ku innym rodzicom. Moja wywiadówka trwała wszystkiego 15 minut. Zaraz potem odwiozłem samochód do garażu. Wracałem zeń wolno, ale jak długo można iść 700m?
W progu przywitała mnie wiadomość, że jedna ma, jak to nazwał starszy syn „skłonności wywrotowe”. Przez chwilę przemknęło mi po głowie, że oznacza to, że ryby się zbuntowały i nic z tej rzezi nie będzie, ale z błędu wyprowadziły mnie wiadro i tłuczek w rękach małżonki mojej. Szanownej skądinąd. Wręczyła mi te przyrządy uroczyście i uśmiechnęła się ze współczuciem. Karp przechylał się w wodzie prawie jak Tytanic. Oddałbym jej to z powrotem, ale ona je ryby tylko symbolicznie, a ja namiętnie. Nie sam, co prawda. Młody wcina z równym zacięciem co ja. Całe święta. Mamy podział. Ja z młodym ryby, żona ze starszym synem resztę. To determinuje prace przedświąteczne. Tyle, że młody, nie tylko z racji wieku, na krew nawet patrzeć nie może. Zaraz się przewraca. Jak ten karp dzisiaj.
Ze mną jest tak, że zbieram się dwa razy dłużej niż to potem robię. Myślę teraz o biciu ryb tylko i wyłącznie. Jakby się kto pytał, oczywiście. Więc jak zacząłem przed szóstą tak kwadrans przed dziewiątą skończyłem. Byłoby krócej, ale przy piątej rybie tak żem się nożem dziabnął, że ktoś postronny mógłby mieć kłopot z ustaleniem, kto kogo na święta zażyna. Ostatnią rybę kończyłem z bandażem na kciuku.
Nic przyjemnego to zabijanie karpii (jedno „i” czy dwa?) w sumie. Patroszenie też. Najdłużej trwa jednak zdzieranie skóry. Gdyby mnie kto zapytał po co to robię, to mam tylko jedną sensowną odpowiedź. UWIELBIAM KARPIE. Do tego stopnia, że nauczyłem się w miarę bezboleśnie przechodzić do porządku nad ich zabijaniem.
Dzisiaj po raz kolejny zostałem wielokrotnym mordercą. Czy źle się z tym czuję? Tak średnio. Ale w przyszłym tygodniu wybieram się do spowiedzi. W końcu święta idą.
PS
Jak ci ludzie w ubojniach mogą tak dzień w dzień?


Komentarze
Pokaż komentarze (7)