Ostatni raz byłem w takiej sytuacji jakieś przynajmniej 20 lat temu. Chyba lepiej. W każdym razie na pewno wtedy jeszcze nie pracowałem.
W tym roku, w ramach „efektywizacji pracy przedsiębiorstwa”, zakładowa wierchowka zarządziła, że okres między Świętami a Nowym Rokiem spędzę, podobnie jak wszyscy moi współpracownicy zresztą, w domu. Praktyka stosowana niby od dawna w dużych firmach, a w takiej Germanii na porządku dziennym. W mojej firmie nie, więc to dla mnie novum było. Na tyle duże, że oczywiście nie zdążyłem się w porę zabezpieczyć logistycznie.
I że też, kurna, na taką pogodę jeszcze dodatkowo człowiek musiał trafić. Pozostało tylko siedzieć w domu i pisać. Jak to kiedyś rzucił klasyk: lepiej siedzieć pod lipą i pisać niż pisać lipę i siedzieć. Ja jestem w sytuacji pośredniej. Panująca aura nie pozwala mi znaleźć odpowiedniej, do siedzenia pod nią, lipy. To raz. No i nie siedzę. Jeszcze, jak mówi mój szwagier. Przy tym rządzie, prędzej czy później, wszyscy tam trafią. Wg szwagra, oczywiście. Mamy wolny kraj (tak w telewizorni słyszałem) to czemu ja mam się ze szwagrem w Święta sprzeczać?
No i całe 10 dni zeszło mi na niczym. Taki Japończyk czy Chińczyk ze wstydu popełniłby seppuku. Na szczęście tam nie dostają tyle wolnego i nie mają czasu popełniać. Chociaż i tak popełniają. Ale z reguły właśnie ci, którzy to wolne dostają. Każą takiemu wybrać zalegający od piętnastu lat dzień urlopu, facet się czuje niepotrzebny i wio! Dużo trzeba?
U nas inaczej. Teraz 10 dni, za chwilę trzeba pojechać z dziećmi na ferie na narty. Ledwie się to skończy już kolejne Święta, później majowy weekend, potem …… Starczy tego wymieniania. Zastanawiam się tylko czemu, w takim razie, w porównaniu z żółtkami, u nas tak mało samobójców jest? Swoisty fenomen.
Wiecie, co? Bardzo się cieszę, że idę jutro do pracy. Naprawdę. Rzadko kiedy tak miałem. Jeśli w ogóle.
Inne tematy w dziale Rozmaitości