Poszedł w tym sensie że, tak jak oni, został olimpijskim multimedalistą. Przy czym on zostaje nim w wieku lat 19-tu, a taki Adam był aż o 5 lat starszy. O wieku Kamila, kiedy zdobywał dwa medale w Soczi, przez grzeczność nie wspominając.
Jak mi się wydaje był tylko jeden skoczek w historii, który w tak młodym wieku był miał na koncie więcej niż jeden olimpijski krążek. Wbrew pozorom nie był to ani Morgenstern, ani Schlierenzauer, ani nikt inny z tych, którzy w pierwszej chwili mogą czytelnikowi przychodzić na myśl. Tym skoczkiem był Martin Hoellwarth, dwukrotny srebrny medalista z Albertville.
Austriak nie zdobył już później, do końca kariery, żadnego indywidualnego olimpijskiego medalu. Miejmy nadzieję, że w wypadku naszego wielkiego talentu, będzie inaczej. Tym bardziej, że przecież jego kariera dopiero się zaczęła.
Wydawało się, że trener Maciusiak jedzie na igrzyska tylko w jednym celu. Odebrać wilczy bilet i zaraz po nich podać się do dymisji. Tymczasem wywalczone przez Tomasiaka, we wspaniałym zresztą stylu, dwa medale zupełnie zmieniły optykę. Wszystkich. Działaczy, zawodników i kibiców. Nikt już nie mówi o ewentualnej dymisji selekcjonera, przygnębienie zastąpiła euforia. Więcej. Odstawiającym przez cały sezon beznadzieję i lipę naszym pozostałym olimpijczykom też udzielił się podniosły nastrój. Do tego stopnia, że w najważniejszym konkursie sezonu jeśli nie uzyskali rekordów zimy, to w każdym razie bardzo się do nich zbliżyli.
Ci sami dziennikarze, którzy parę tygodni temu wieszczyli koniec polskich skoków i pisali o całkowitej ich zapaści, teraz mówią (do tej samej kamery) o ich cudownym zmartwychwstaniu.
To tylko świadczy o tym, jak ogromną rolę, i to w każdej dziedzinie, odgrywają jednostki i, może nie najlepsze słowo, ale w mniejszym lub większym stopniu, przypadek.
Co nie zmienia faktu, że sportowa Polska, być może, doczekała się skoczka, który przez kolejne 15 lat będzie ciągnął ten wózek.




Komentarze
Pokaż komentarze (11)