Sezon 2021/22 Kamil rozpoczął może nie rewelacyjnie ale, można to tak z pewnością określić, pojawiło się światełko w tunelu. Szczególnie w zestawieniu z zapaścią w końcówce poprzedniego sezonu. Forma nie była jeszcze stabilna, bo zarówno w Rosji jak i w Ruce Stoch potrafił być w jednym konkursie w czołówce, a w drugim bez punktów, ale zawody w Wiśle i, szczególnie, w Klingenthal, a potem jeszcze pierwszy konkurs w Engelbergu, sugerowały że idzie ku dobremu. W Niemczech Polak stanął nawet na podium i było to jego okrągłe, 80., pudło w karierze. Jak się niestety okazało, ostatnie. Po świętach, jak zawsze, rozpoczynał się Turniej 4 Skoczni. Wiadomo do czego, w związku z Turniejem, przyzwyczaił nas Kamil. Tymczasem zjechał z formą w dół jak po równi pochyłej. Nasz mistrz zanotował swój najgorszy w historii występ w T4S. Nigdy wcześniej i nigdy później, jeśli startował w choć jednych zawodach T4S w danym sezonie, nie było tak, żeby kończył ten turniej bez jakichkolwiek punktów. A zimą 2021/22 tak się stało. W trzecim z konkursów było aż tak źle (59. lokata w kwalifikacjach), że po konkursie został wycofany z Turnieju. Z powrotem w cyrku pojawił się dopiero w Willingen, gdzie tylko raz, i to słabo (21.) zapunktował. Bezpośrednio po tych zawodach w PŚ nastąpiła przerwa, a całe bractwo, w tym nasz bohater, udało się na igrzyska w Pekinie.
W Chinach, w najpodlejszy możliwy sposób, okradziono Kamila z medalu. Zrobili to, oczywiście w majestacie prawa, bo oni przecież przepisów nie łamią, Niemcy. Złodziejem był jeden z największych oszustów w historii skoków, Geiger. Teraz uwaga! Geiger (i śmie to bezczelnie powtarzać do kamery, ilekroć go o te jego permanentne przekręty zahaczyć) NIGDY, przez całą karierę, NIE ZOSTAŁ ZDYSKWALIFIKOWANY. No bo jak miał być, skoro cały czas (tak jak nad Kraftem zresztą) rozciągano nad nim parasol ochronny. Tuż przed igrzyskami Polacy wymyślili jakiś myk z butami. Tak, że na treningach zaczęli wreszcie, jeśli dobrze pamiętam całą drużyną albo przynajmniej dużą jej częścią, być w czołówce. Największy obłudnik i hipokryta w historii skoków, Horngacher niejaki, w tamtym czasie już trener Niemców, tak zaczął w tej sprawie gardłować, że Polakom zabroniono skakać w tych butach. Za to Niemcom którzy, ze szczególnym uwzględnieniem Geigera właśnie, wyglądali jak latawce lub, jak kto woli, rozpostarte w powietrzu puste worki po ziemniakach (można sobie wybrać), nie zabroniono niczego. I Geiger, W TYM STROJU I W TEN HANIEBNY SPOSÓB, wywalczył brąz. Żeby było jeszcze smutniej, to na czwartym miejscu, tuż za Niemcem, sklasyfikowano Kamila. Polak był załamany. Za dwa dni w konkursie drużynowym Geiger skakał na poziomie końca drugiej 10-tki. Kamil był w szpicy, ale z powodu słabej formy kolegów wróciliśmy z Pekinu bez medalu w drużynie. Sytuację uratował nam Kubacki, który wcześniej, na małej skoczni wywalczył, nomen-omen, brąz. Tyle, że w przepisowym stroju.
Po igrzyskach skokowy cyrk wrócił do PŚ. Kamil ustabilizował formę na tyle, żeby w niemal każdych zawodach ocierać się o czołową 10-tkę, ale jej nie osiągać. Raz tylko w niej wylądował, a w zasadzie ją zamknął. Resztę kończył przeważnie na początku 10-tki drugiej. W efekcie na koniec zimy zajął miejsce 19., pięć pozycji za najlepszym z Polaków Piotrem Żyłą, który po igrzyskach dwukrotnie kończył zawody na pudle. Po raz pierwszy w karierze Stocha było tak, że po sezonie olimpijskim nie mógł się czuć usatysfakcjonowany.
Kolejna zima była dla naszego bohatera niewątpliwie lepsza. Mimo nie najlepszego początku, bo w drugim z inaugurujących sezon konkursów w Wiśle został zdyskwalifikowany. Ale do Świąt, na osiem startów, zdążył być trzykrotnie w 10-tce (w dolnych strefach, ale jednak) i dwukrotnie w drugiej. Wtedy wydawało się to rezultatem bardzo przeciętnym, tym bardziej, że jeszcze dwa razy nie znalazł się w drugiej serii. Z dzisiejszej perspektywy określilibyśmy te wyniki pewnie jako bardzo dobre. Jeszcze lepiej było w T4S. Dwa razy dziewiąty, piąty i szósty. Dało to naszemu mistrzowi w sumie piątą pozycję w całym turnieju. Co ciekawe Kamil był dopiero trzecim Polakiem w stawce. Na drugim stopniu pudła generalki T4S stanął bowiem Kubacki, a tuż za podium wylądował Żyła. W klasyfikacji PŚ po Turnieju Kubacki przewodził całej stawce, Żyła plasował się na miejscu piątym, a główny bohater tego opracowania był dziewiąty. Zaraz po Turnieju były jeszcze trzy lokaty w 10-tce, po czym Kamil znów obniżył loty. Szczególnie w Willingen, gdzie w drugim dniu w ogóle nie wszedł do konkursu. Konsekwencją była absencja w zawodach w Stanach i Rumunii. Polak zaczął przygotowywać formę na MŚ w Planicy. I skakał tam naprawdę bardzo dobrze. Niestety nie tak dobrze, by wywalczyć indywidualny medal. Szóste miejsce na mniejszej i znów (który to już raz na imprezie mistrzowskiej?) czwarte na dużej. Brak medalu, poniekąd, osłodzili Kamilowi koledzy. Żyła obronił tytuł na małym obiekcie. Kubacki dołożył brąz na dużym. Ale medalu drużynowego tą razą już nie zdobyliśmy, lądując 10 pkt za trzecią Austrią. Po MŚ odbyło się jeszcze 9 pucharowych konkursów. Kamil prezentował w nich formę stabilną na poziomie przełomu pierwszej i drugiej 10-tki. W każdym razie w czołowej szóstce nie było go, niestety, ani razu. Przez całą zimę uzbierał łącznie 608 pucharowych oczek. Dało mu to w sumie 14 miejsce w generalce. Znacznie wyżej uplasowali się czwarty Kubacki (1592 punkty, a byłoby ich, gdyby nie rezygnacja z kilku ostatnich konkursów z powodów osobistych, znacznie więcej, a i miejsce byłoby wyższe) i szósty Żyła (984 oczka). Mimo poprawy w stosunku do poprzedniej zimy, sezonu za do końca udany Kamil Stoch uznać nie mógł. Medalu na imprezie mistrzowskiej nie było, zwycięstw w PŚ nie było. Podiów również. Ambicje Kamila Stocha sięgały wyżej. Można je było próbować zrealizować dopiero w kolejnym sezonie. Jak i czy się to udało, to już w następnym odcinku.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)