O sezonie 2023/24 za dużo dobrego, szczególnie w kontekście dyspozycji Kamila Stocha, napisać na pewno się nie da. Wręcz przeciwnie. A jedną, istotną dla sprawy, rzecz napisać trzeba. Tamten sezon to ewidentnie początek okresu schyłkowego kariery Kamila. To znaczy rozumianego jako schyłkowy nie tylko jak chodzi o chronologię, ale przede wszystkim jak idzie o jakość jego skakania. To był jego najsłabszy sezon nie tylko od momentu kiedy został niekwestionowanym liderem kadry. Zdobył w nim najmniej punktów od sezonu olimpijskiego 2009/10, kiedy to do lidera było mu daleko, a wywalczył wówczas łącznie 203 oczka. Tym razem uciułał ich 256, czyli o 39 mniej niż w słynnym sezonie, po którym podziękowano wreszcie Kruczkowi. Punktów nazbierał nasz mistrz, jak napisałem, więcej niż 14 lat wcześniej, ale wtedy niespełna 23-letni Kamil Stoch aż trzykrotnie zawitał w konkursach do czołowej 10-tki. I wtedy brał udział w 17. zawodach, a tym razem w aż 30. Punktował co prawda 20-krotnie, ale ani razu nie była to pierwsza 10-tka, a aż 9. startów zakończyło się miejscem w10-tce trzeciej. Jak łatwo wyliczyć, tamtej zimy zaliczył Stoch również 10 tzw. „pustych przebiegów”. Złożyły się na to jedne nieprzebrnięte kwalifikacje oraz 9 zawodów głównych, w których lądował poza 30-tką. Przy czym, zajmując w klasyfikacji generalnej na koniec sezonu 26. lokatę, dalej mieścił się wśród trzech najlepszych Polaków, bowiem wyprzedzili go tylko Zniszczoł (524 oczka i miejsce 19.) oraz Żyła (odpowiednio: 292 i 25.). Nie zaistniał Kamil tamtej zimy w ogóle w Raw Air, gdzie skończył na miejscu nr 30. Na mistrzostwach świata w lotach w konkursie indywidualnym Stocha nie wystawiono. I to był pewnie błąd, bo w drużynówce okazał się najlepszym z Polaków (był 13. indywidualnie). Ponieważ jednak reszta naszych reprezentantów skoczyła od Stocha znacznie gorzej, to nasi nie tylko, że nie walczyli o medal, ale ledwo zmieścili się w ósemce. Najwięcej dobrego można powiedzieć o starcie Kamila w T4S. Trzykrotny zwycięzca tego turnieju ukończył go ostatecznie w czołowej 15-tce, (mając zresztą nad 16. skoczkiem Turnieju przewagę dość pokaźną). Zawdzięczał to jednak Kamil bardziej słabości rywali niż własnym spektakularnym dokonaniom. W poszczególnych konkursach zajmował bowiem miejsca: 17,25,11 i 21.
Byli pewnie tacy, którzy liczyli na odrodzenie się naszego mistrza w kolejnym sezonie, ale podejrzewam, że po takiej zimie jak właśnie opisana wyżej, ich liczba, w porównaniu z tym, ilu ich było wcześniej, gwałtownie spadła. Kamil próbował szukać przyczyny w szkoleniowcu. Małysz poszedł mu na rękę i po sezonie Stoch otrzymał od PZN-u osobistego trenera. Został nim były trener całej kadry, następca Horngachera i poprzednik Thurnbichlera, Michal Doleżal. Miało to dać następnej zimy duże, pozytywne, efekty. Miało, ale nie dało.
Następnej zimy bowiem, czyli w sezonie 2024/25, Kamil Stoch zdobył o jeszcze 100 punktów mniej niż w przed chwilą omówionej. Nie było go, tak jak rok wcześniej, ani raz w 10-tce, ale nie było go też na pozycjach blisko niej. W drugiej 10-tce poszczególnych konkursów znalazł się tylko 8-krotnie, a najwyższe miejsce, jakie zajął, to lokata 14. Zrobił to dwukrotnie. Raz na początku sezonu w Kuusamo i raz na koniec, w Planicy. Pierwsza część sezonu była w jego wykonaniu na tyle słaba że, pierwszy raz od 20. lat, nie pojechał na T4S. Łącznie nasz mistrz punktował w sezonie 15 razy. Na 21 konkursów w których startował. Raz odpadł w eliminacjach, a 5-krotnie odpadał w pierwszej serii zawodów głównych. Na koniec sezonu Stoch, po raz pierwszy od 19 lat, nie zmieścił się w czołowej 30-tce klasyfikacji generalnej. Skakał też tamtej zimy, wg głównego trenera, na tyle słabo, że ten nie zabrał go na imprezę mistrzowską, którą były mistrzostwa świata. Decyzja ta, jakby jej nie próbować uzasadniać, była bardzo małostkowa i wystawia Thurnbichlerowi marne świadectwo. Akurat w drugiej połowie sezonu Stoch skakał dużo lepiej niż w pierwszej, a w dodatku tak się złożyło, że zabranie go do Trondheim było możliwe i wymagało jedynie dobrej woli Austriaka. Nasz limit na skoczni mniejszej wynosił 5 skoczków, a Kamil na pewno nie był słabszy od aż pięciu kolegów. Mógł jechać i na treningach walczyć o miejsce w składzie na obu skoczniach. Thurnbichler zdecydował inaczej. Ponieważ Polacy, oprócz Wąska, wypadli w Norwegii zwyczajnie słabo, to nie ma się co dziwić, że po sezonie Thurnbichler stał się, zasłużenie czy nie, pierwszym chłopcem do bicia. Myślę, że absencja Stocha na MŚ mogła być czynnikiem ostatecznym, tzw. gwoździem do trumny, przy decydowaniu czy dotychczasowy coach ma zachować posadę. Thurnbichlera (podobno wbrew Małyszowi) przepędzono na cztery wiatry. Nieco później przegłosowano kandydaturę Maciusiaka, którego od razu też ogłoszono naszym skokowym antidotum na wszystko. Czym mu zresztą, jak się okazuje, bardzo zaszkodzono. Kamil Stoch, namówiony na to podobno przez żonę, mógł więc bez kamienia u szyi, za jaki wielu uważało Thurnbichlera, przygotowywać się do swojej ostatniej zimy w karierze, co też był przed sezonem oficjalnie ogłosił. Że jest ostatnia, znaczy.
Zaczęła się ta zima, wszyscy pewnie pamiętają, nawet obiecująco. Nasz 3-krotny indywidualny mistrz olimpijski we wszystkich czterech pierwszych konkursach sezonu lądował w czołowej 20-tce zawodów. Jednak im dalej było w las, tym gorzej. Brak punktów w Kuusamo, brak awansu do konkursu w pierwszych z dwóch zawodów w rodzimej Wiśle (w drugim konkursie też zresztą wypadł miernie zdobywając ledwie 4 oczka), balans na granicy wejścia do drugiej serii w Klingenthal. Po Engelbergu i niemieckiej części T4S, kiedy to przez cztery konkursy lądował w granicach 20. miejsca, mogło się wydawać, że może być lepiej. Zimny prysznic w Innsbrucku rozwiał wątpliwości, a 42. lokata w Zakopanem spowodowała wycofanie Stocha z kilku kolejnych zawodów. Mimo to, to on, obok Tomasiaka i Wąska pojechał na igrzyska. Liczono pewnie na to, że skocznie w Predazzo, tak dla niego szczęśliwe, pomogą w osiągnięciu dobrego wyniku. Decyzja trenerów była o tyle usprawiedliwiona, że pozostali skoczkowie, nie licząc Tomasiaka oczywiście, skakali jeszcze gorzej od Kamila. Skocznie w Predazzo rzeczywiście okazały się szczęśliwe dla Polaków. Poza Stochem, niestety. Na małej skoczni Kamil nie wszedł nawet do drugiej serii (był 38.), na dużej, na której zdobył tytuł mistrza świata, a w PŚ stał trzykrotnie na podium (jedno zwycięstwo i dwa trzecie miejsca), skończył na miejscu nr 21. Żeby było smutniej, to ex aequo ze słowackim juniorem Kapustikiem, na którego jeszcze kilka miesięcy wcześniej wszyscy w pucharowym cyrku patrzyli tylko z żalem i współczuciem. Przed igrzyskami były jeszcze MŚwL, ale tam Kamil, na szczęście, nie poleciał. Natomiast po igrzyskach nasz mistrz zanotował jeszcze cztery punktowania. W Kulm był 23., a w Lahti (i to była jego najwyższa lokata w sezonie i jednocześnie dwusetny raz, kiedy kończył zawody w czołowej 10-tce), zajął pozycję 10-tą. W zupełnie loteryjnym drugim konkursie w Oslo skończył na miejscu 28., a w finale sezonu był 30. Na 31 startujących. W pozostałych pięciu zawodach Stoch dwukrotnie nie wszedł nawet do konkursów, a trzy razy odpadł w pierwszej serii. Jego bilans punktowy na koniec sezonu wyniósł 182 punkty, co dało mu, drugi raz z rzędu, miejsce poza czołową 30-tką klasyfikacji generalnej. Żeby zdać sobie jak słabiutcy byliśmy tej zimy, bo przecież nie tylko Kamil zanotował tak lichy sezon, należy koniecznie dodać, że wynik Stocha BYŁ DRUGIM, słownie: DRUGIM NAJLEPSZYM rezultatem osiągniętym przez polskiego skoczka. Tak, proszę Państwa. Oprócz Kacpra Tomasiaka w czołowej 30-tce Pucharu nie było ŻADNEGO Polaka. Takiej sytuacji nie było w polskich skokach od sezonu 2005/06!
c.d.n.




Komentarze
Pokaż komentarze