HareM HareM
121
BLOG

Trump nie dostanie zawału, a klątwy z Crucible Theatre dalej nikt nie zdjął

HareM HareM Sport Obserwuj notkę 0
MŚ w snookerze nabierają tempa

Irańczyk Hussein Vafaei nie zostanie mistrzem świata w snookerze. Mimo, że w poprzedniej rundzie ograł Trumpa. Judda, znaczy. Teraz, w ćwierćfinale, przegrał z Chińczykiem Wu. Najbardziej z tej porażki, oczywiście poza ponad miliardem Chińczyków, o których jeszcze za chwilę, cieszą się lekarze Trumpa. Donalda, znaczy. O serce prezydenta trzeba bowiem bardzo dbać, a różnie z tym dbaniem mogłoby być, gdyby Vafaei nie dość, że ograł Trumpa (wszystko jedno którego), to jeszcze, na ten przykład, dołożył tytuł mistrza świata. Ale nie dołoży i lekarze mogą odetchnąć.

To samo można powiedzieć o „klątwie Crucible Theatre”, która po tegorocznych mistrzostwach będzie się miała równie dobrze jak po wszystkich poprzednich. Bo znów, jak za każdym poprzednim razem, a Sheffield pełni rolę gospodarza tej imprezy od lat, chwała Bogu, 49., mistrz świata nie obroni tytułu. Wczoraj Żao wyłożył się na Shaunie Murphym. Co mnie mocno jednak zdziwiło. Przy czym trzeba sobie powiedzieć wprost. Murphy był w tym meczu lepszy.

Nie będzie więc na pewno, pierwszego w historii MŚ w snookerze, chińskiego finału. Będą natomiast, i to od dziś, dwa interesujące półfinały. W pierwszym zagra Murphy z Higginsem. Dla mnie faworytem jest Anglik, ale Szkot, ze swoim szkockim uporem i parciem do przodu wbrew wszystkim niesprzyjającym okolicznościom (jak on pokonał tego Sullivana, to naprawdę nie wiem; w ćwierćfinale z Robertsonem też zresztą przegrywał już 6:9), jest zdolny do wszystkiego. Choć dziś wydaje się, że na Murphygo w takiej formie to nie wystarczy.

W drugim półfinale zagrają Allen z rewelacyjnym Wu. Przed Chińczykiem po przejściu Selby’go (co można porównać z przejściem Rubikonu, bo tak źle się z Anglikiem gra) i Irańczyka, otwiera się wielka szansa powtórzenia zeszłorocznego wyczynu Żao. Przy czym spodziewam się, że w ewentualnym finale może mieć dużo trudniej niż z Irlandczykiem, z którym, zakładam, wygra. Jeśli oczywiście nie wpadnie w niemoc, jak Żao w spotkaniu z Murphym.

Podtrzymuję to, co napisałem dwa dni temu. Skoro nie będzie finału chińskiego, to najbardziej prawdopodobnym jawi się decydujące starcie między Wu i Murphym. A tam może się zdarzyć wszystko. Broniący honoru Albionu Murphy będzie miał dużą przewagę z racji ogromnego, również finałowego, doświadczenia. To byłby, jeśli wygra w półfinale z jeszcze dużo bardziej utytułowanym Higginsem, już jego piąty finał. Tyle, że z poprzednich czterech przegrał aż trzy, więc…

Zapowiada się w każdym razie ultraciekawie. Byłyby siupy, gdyby w to wszystko wmieszał się jednak stary lis Higgins. Szkot zdobył do tej pory cztery tytuły mistrzowskie. Cztery inne finały przegrał. Przy czym ostatni tytuł Szkota to rok 2011, a ostatni raz w finale zagrał aż 7 lat temu, gdzie zresztą zebrał straszne baty. Notabene od Trumpa. No i chyba daleko mu do formy, żeby stawić czoła znajdującemu się w dyspozycji, w jakiej u niego nie widziałem od bardzo, bardzo dawna, Murphy’emu. Jedyna szansa dla Szkota to ta, że chimerycznemu Anglikowi znów się odmieni. A może, bo tak często ma.

W każdym razie. Piąty tytuł Higginsa sytuowałby go w hierarchii najlepszych w historii (chodzi o erę nowożytną, czyli zawody rozgrywane od roku 1977, coś jak Era Open w tenisie) samodzielnie na pozycji nr 4. Zaraz za Hendrym, O’Sullivanem i Stevem Davisem, do którego traciłby już wtedy tylko jeden tytuł. Oczekiwać tego wariantu oczywiście wolno, ale bardziej w kategoriach „cudu mniemanego”. Podobnie jak pierwszego mistrzostwa Marka Allena.

Reasumując. Niech wygra najlepszy. Osobiście chciałbym, żeby to był Wu Jize. Strasznie obco to brzmi. Dużo przyjemniejsze dla ucha jest swojskie Wuj Józek. Tylko, że on za młody na wujka jest.


HareM
O mnie HareM

jakem głodny tom zły, jakem syty to umiem być niezły

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Sport