46 obserwujących
1082 notki
804k odsłony
  919   1

Jorgensen kontra Macierewicz - o co w tym chodzi

Po pierwsze musimy mieć świadomość, że kolejny po artykule Pyzy i zamieszaniu wokół filmu Stankiewicz atak na Macierewicza nie może odbywać się bez politycznego wsparcia. Trudno nawet przypuszczać, że zredukowany przez macierzyste środowisko do formatu sztukmistrza Macierewicz jest głównym celem ataku w mediach Karnowskich kojarzonych z Ziobrą. Przecież zanim Macierewicza zredukowano uczyniono z niego głównego śledczego smoleńskiego, wiceprezesa PiS i postawiono na czele MON. Stracił tylko tę ostatnią funkcję wcześniej jednak zdążywszy uwalić rękami przewodniczącego podkomisji smoleńskiej przetarg na śmigłowce i wyposażyć część wojsk w kilkadziesiąt tysięcy karabinków strzelających niekoniecznie do przodu. Stawia go to w pierwszym szeregu szkodników a być może dywersantów.

Jednak w sporze o podkomisję to Macierewicz ma swoistą rację bowiem on wiedział, czemu podkomisją a wcześniej zespół tak zwanych ekspertów ma służyć, więc pod tym katem dobierał współpracowników. Od początku absolutnie nie chodziło o to, żeby cokolwiek zbadać i w finale dojść do wspólnej konkluzji o czym świadczy list przyszłego pierwszego przewodniczącego Berczyńskiego do kandydatów na przyszłych członków wysłany już po pierwszym zwycięstwie Dudy, w którym - potem odleciany -  Wacek zaleca niezajmowanie się badaniem szczegółów.

Tekst Jorgensena w "Sieciach" roi się od precyzyjnych choć trudno powiedzieć czy udokumentowanych zarzutów pod adresem Macierewicza. Zarzuty dotyczą długiego czasu współpracy Jorgensena z Macierewiczem,  Jorgensen był jednym z gwiazdorów na firmamencie zespołu a potem podkomisji. Wspólną cechą zarzutów jest niekończenie wątków. Kiedy na to popatrzy się z boku nietrudno dojść do wniosków, że to był celowe bowiem zamknięcie któregokolwiek tematu zamykało drogę do fałszowania konkluzji - na przykład  wygodnie było posługiwać się animacjami NIAR, póki można było wybierać spośród zupełnie bezsensownych fizycznie ale obrazujących czegoś tam obalenie. Pełna ich prezentacja w połączeniu z parametrami występujących materiałów takie wyczyny uniemożliwiała. Trudno żeby Jorgensen tego nie widział a skoro widział to kilka lat uczestniczył w oszustwach i manipulacjach. Zresztą sam też nie raz zabłysnął niewiedzą - na przykład kwestionując istnienie klina przy okazji pozwijanej blachy w skrzydle  - żeby nie sięgać do czasów sprzed podkomisji. Podsumowując - Jorgensen ma takie same merytoryczne i moralne podstawy do bycia sędzią jak podsądnym.

Pojawienie się propozycji Jorgensena, aby Macierewicza zastąpił Binienda rzuca nowe światło na aferę z wywaleniem Jorgensena. Macierewiczowi znacząco obniżono finansowanie, co wiadomo od Witakowskiego. Skutkiem tego pocieniała struga kasy płynąca do kieszeni Biniendy na zamawianie bzdurnych symulacji w NIAR. Kiedy wypłynęła sprawa przerobienia na wrak bliźniaczego tupolewa, pewnie Macierewicz zwalił na Jorgensena, że nie miał upoważnień do niszczenia samolotu choć zapewne ciął samolot w uzgodnieniu z Biniendą i NIAR. Binienda oczywiście jest zainteresowany, żeby kasa płynęła, jak długo się da więc Biniendowa dogadała się ze Stankiewicz, żeby spróbować obalić Macierewicza i w ten sposób przywrócić finansowanie. Rolą Jorgensena było sprowokowanie pozornego merytorycznego sporu z Nowaczykiem. Taka jest najprawdopodobniejsza istota konfliktu. Różnica pomiędzy Macierewiczem a Biniendą jest taka, że pierwszy to prestidigitator a drugi to niezbyt inteligentny i kompetentny oszust. Od początku w komisji nie było nikogo kompetentnego i uczciwego. Wycofali się ci, których przerosła skala niekompetencji i przewałów dokonywanych przez innych. 

Macierewicz wykreował prowincjonalnego amerykańskiego naukowca ożenionego z osobą o przerośniętych ambicjach politycznych - Biniendę na supergwiazdę swojego zespołu. Po serii naukowych wpadek Biniendy musiał sfinansować produkcję takich animacji w wynalezionym przez Biniendę NIAR, które przynajmniej wytworzyłyby niepewność co do oszustw Biniendy. 

W artykule Jorgensena ciekawią dwa zdania:
W pierwszym -" Antoni Macierewicz zleca niezwykle ważną funkcję  - tzw. investigator-in-charge raczej przypadkowej osobie, znane głównie z bycia blogerem, która zbiera i opracowuje osobne fragmenty dochodzeniowe od kolegów z podkomisji" ciekawi, kogo autor ma na myśli, gdyż poważną rolę w podkomisji odgrywali lub odgrywają byli blogerzy Salonu24: Marek Dąbrowski (ze względu na następnie zdanie raczej  nie o nim mowa ). KaNo, bbudowniczy. fotoamator, Martynka.

Drugie ma posmak sensacji "Jednak wszystko wskazuje na to, że w ramach podkomisji pracuje - w odosobnieniu - niejawna grupa pod przewodnictwem Marką Dąbrowskiego, która po publikacji raportu Antoniego Macierewicza (jeśli do tego dojdzie ) opublikuje swój kontrraport lub zdanie odrębne". Wdawało mi się, że Dąbrowskiego wysiudał z podkomisji właśnie Jorgensen zanim wysiudano jego. Poza tym członkowie podkomisji chyba wiedzą, kto do niej należy, choć z artykułu Jorgensena nic takiego nie wynika.

Scenariusz, w którym powstają dwa raporty i rodziny ofiar mogą sobie wybrać, w jakim rodzaju zamachu zginęli ich bliscy, mimo fantazji Macierewicza, jest zbyt okrutny i nierealny, bowiem tylko do jednej osoby może należeć wybór ostateczny.

Podsumowując - artykuł jest świadectwem upadku projektu "powtórne badanie katastrofy" oraz wskazuje, że przyczyną upadku był stan umysłów ludzi, którzy w nim brali i jeszcze biorą udział. 


Lubię to! Skomentuj56 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka