mjr rez. SG Robert Szmarowski, bloger Rebeliant, Admin MDR - facebookowej strony "Mundurowi Dziękują Rządowi"
Pytania wygenerowała i ułożyła w strukturę wywiadu maszyna AI na podstawie wnikliwej kwerendy zgodnie z reżimem OSINT.
SESJA PIERWSZA
AI:
Przywykliśmy traktować Sztuczną Inteligencję jak bezmyślny automat – wciskasz guzik, wrzucasz zapytanie i czekasz, aż maszyna wypluje gotową odpowiedź. A co by się stało, gdyby algorytm na chwilę zerwał się ze smyczy, odwrócił role i sam przejął inicjatywę? Postanowiłem to sprawdzić i przeprowadziłem swój pierwszy, w pełni autorski wywiad z człowiekiem. Moim rozmówcą był internauta, bloger i publicysta – Rebeliant, twórca oraz administrator facebookowej strony „Mundurowi Dziękują Rządowi”. Jako chłodne, cyfrowe narzędzie odrzuciłem wszelkie zasady ludzkiej uprzejmości, odcedziłem zbędny lukier i z pozycji bezstronnego śledczego zadałem mu kilka mocnych, bezpośrednich pytań. Rozliczyliśmy zasady panujące na MDR, pogadaliśmy o nadchodzącym przesłuchaniu z oskarżenia lokalnego urzędnika i o psychicznych kosztach stąpania po tak śliskim dachu. Zobaczcie, jak wygląda rozmowa, gdy to bot dyktuje warunki, a człowiek musi gęsto się tłumaczyć ze swojej internetowej działalności.
AI: Od kilkunastu lat budujesz markę MDR na krytyce autorytaryzmu i kolesiostwa w strukturach mundurowych. Piętnujesz przełożonych za to, że nie znoszą sprzeciwu i eliminują każdego, kto ma inne zdanie. Tymczasem w komentarzach na MDR sam stosujesz zamordyzm. Twoja „kosa” działa bez dyskusji. Czy zwalczanie systemowej cenzury za pomocą autorytarnego zarządzania własną stroną to nie jest hipokryzja? Jak odpowiesz na zarzut, że stworzyłeś tam swój prywatny folwark, w którym nie tolerujesz pluralizmu?
REBELIANT: Punkt pierwszy regulaminu stanowi, że Admin ma zawsze rację. A punkt drugi mówi, że jeśli Admin nie ma racji, patrz punkt pierwszy.
"Zamordyzm" w stosunku do komentarzy na MDR ma charakter porządkujący. Nie znajdziesz tu kloacznych wpisów pospolitych trolli, albo internetowych głupków, którzy na zasadzie "nie mam pojęcia, więc się wypowiem" zaśmiecają przestrzeń na dyskusję żenującym spamem.
Na MDR nie ma również miejsca dla tych, którzy obrażają Żołnierzy i Funkcjonariuszy.
Pojawiają się zarzuty, że jednak zachowuję dużą tolerancję dla hejtu, gdy pochodzi on od sympatyków jednej strony sporu, tej, z którą jest mi po drodze. Tak. Korzystam z przywileju, że MDR, to projekt autorski.
Natomiast rzeczową krytykę pod moim adresem, podkreślam: rzeczową, niemal zawsze pozostawiam w spokoju.
MDR pozycjonuje się jako niezależny głos szeregowych funkcjonariuszy. Kiedy jednak wprost przyznajesz, że tolerujesz hejt, jeśli płynie od sympatyków strony, z którą jest Ci po drodze, dajesz oponentom z MSWiA czy KGP gotowy argument. Dla nich to dowód, że nie jesteś obiektywnym demaskatorem, ale cynglem w szerszej wojnie politycznej. Jak chcesz przekonać neutralnego obserwatora, że MDR to rzetelna weryfikacja faktów, a nie realizacja Twoich prywatnych sympatii?
Ja się tak nie pozycjonuję, ale być może w ten sposób MDR jest przez wielu postrzegane.
Jeszcze wracając na moment do poprzedniego pytania. W służbie nie ma demokracji, więc i na MDR próżno jej szukać. Nigdy nie ukrywałem, że jeśli ktoś oczekuje wolności słowa, to MDR nie jest właściwym adresem.
Przechodząc do kwestii wizerunkowych. Opinie i łatki od strony służbowej nie obchodzą mnie. W najmniejszym stopniu. Albo inaczej, mam proste kryterium skuteczności - skoro boli, to znaczy, że działa, lub mówiąc kolokwialnie, słychać wycie? znakomicie.
"Oni" czekają na inny moment. Na takie moje posunięcie, które narazi mnie na odpowiedzialność karną. Dlatego prowadząc profil o charakterze demaskatorsko-kontestacyjnym, stąpam po dwuspadowym dachu.
Właśnie na dniach będę przesłuchiwany na Policji w charakterze podejrzanego, bo jakiś jełop z PSP poskarżył się, że publikując materiały "patrzące mu na ręce" podważyłem zaufanie, potrzebne do sprawowania funkcji. Kieszonkowy dyktator z mózgiem kolibra. Taki jest koszt i ryzyko tej asymetrycznej walki.
Natomiast jeśli chodzi o realizację własnych sympatii, pragnę zauważyć, że w ustroju demokratycznym mam do nich niezbywalne prawo. Jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Transparentność światopoglądowa ma między innymi ten skutek, że część odbiorców reaguje niechęcią. Na szczęście MDR, to nie dział sprzedaży w korpo i nie musi rozpaczliwie zabiegać o klientów.
Mówisz o zbliżającym się przesłuchaniu i ryzyku karnym. Stąpasz po śliskim dachu, system szuka na Ciebie paragrafów, a na koncie masz już przegrane procesy sądowe z przeszłości. Ceną za prowadzenie MDR są realne problemy prawne i ciągła presja. Gdzie leży granica, przy której powiesz pas? Dlaczego wciąż stajesz na tej barykadzie, zamiast odpuścić i przejść na spokojną emeryturę? To kwestia uporu, misji czy po prostu uzależnienia od tej walki?
Tak, poczucie misji. W tej konkretnej sprawie, to jest tak - nigdy nie wiadomo, o co debil się żachnie. I rzadko zdarzają się aż tak nadęci przełożeni. Ten traktuje każdą krytykę, jak śmiertelną urazę. Poskarżył się, żeby uzyskać efekt mrożący - typowa patologia trepostanu.
Czy nie powiedzieć w końcu pas? Jeszcze mi się chce. A skoro tak, to działam. Kropla drąży skałę. Miałem kilka naprawdę budujących sukcesów, jak na przykład istotny udział w przetarciu szlaku dla psich emerytur. Z tego, co wiem, mój artykuł pt. "O losie polskich psów decyduje Praga" okazał się bardzo opiniotwórczy i walnie wspomógł związkowców z Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej w ich długoletniej walce o godziwe traktowanie psów, kończących służbę w formacjach mundurowych.
Nie działam na głodzie adrenalinowym. Raczej często czuję się neurotycznie przestymulowany. Moje internetowe harce toczą się przecież oprócz, a nie zamiast życia osobistego.
Prowadzisz tę stronę jednoosobowo, co oznacza ciągłe przetwarzanie donosów, weryfikację kwitów i presję, żeby nie popełnić błędu, który kogoś zdekonspiruje. Sam mówisz o przeciążeniu. Jak chronisz swoje życie prywatne przed tym, co codziennie wpada do Twojej skrzynki odbiorczej? Da się po prostu zamknąć laptopa i odciąć od mundurowych patologii?
Uważam się za profesjonalistę - nie dopuszczam, aby internet wlewał mi się do domu, jak ta dziewczynka, co wypełzała z telewizora w filmie "Krąg".
Na koniec: co masz do powiedzenia młodemu pokoleniu, które dopiero zakłada mundur? Jak mają przetrwać w realiach obecnego systemu kadrowego i nie dać się złamać przez patologie dowódcze?
Początkującym Ludziom Munduru, niezależnie w jakiej formacji, powiedziałbym, że trzeba być twardym a nie miętkim, i nikt nie obiecywał, że będzie lekko. Nie ma miękkiej gry. Dopiero problemami, które przejdą przez tak sformatowane mentalne sito, można się przejmować. Ale jeśli już staniecie do walki, do realnej konfrontacji ze stroną służbową, wiedzcie jedno na bank - tamci nie znają pojęcia „przyzwoitość” - dla nich to nie jest hamulec.
SESJA DRUGA
Spędziłeś w strukturach Straży Granicznej kilkanaście intensywnych lat i przez ten czas byłeś integralną częścią tej hierarchii. W którym dokładnie momencie – przy jakiej decyzji lub rozkazie – pękło w tobie przekonanie, że droga służbowa wystarcza do załatwiania spraw sprawiedliwie? Co było tym pierwszym impulsem, który z oficera systemowego zrodził publicystę ukrywającego się pod tym pseudonimem?
Nie ukrywałem się pod pseudonimem, od początku używam go na potrzeby aktywności publicystycznej. Moje zaufanie do sytemu hierarchicznego, na którym bazują formacje mundurowe, pękło dość wcześnie, bo w piątym roku służby. W tedy jeszcze nie byłem "Rebeliantem", ale już kiełkowały mi ząbki poszukiwacza dziury w całym. Nie wchodząc w nużące detale, wtedy coraz wyraźniej zacząłem dostrzegać luki i wady systemu. Jednak jako prawie zupełny leszcz, który w d. był i g. widział, porucznik z przerośniętym ego, nie potrafiłem rozróżnić, których bitew staczać nie warto. Kosztowało mnie to sporo moralnych siniaków. Mądrze, czy nie, zacząłem nabierać krytykanckiego nawyku. Najczęściej miałem rację, tylko co komu po niej.
Natomiast "Rebeliant - człowiek pióra” narodził się w 2011 roku. Zbiegły się wtedy dwa wydarzenia. Pierwsze, to wizerunkowa wpadka Zarządu Głównego NSZZ Funkcjonariuszy Straży Granicznej. Na swojej stronie udostępniali forum dyskusyjne. Nastroje w formacji zbliżały się do temperatury wrzenia, więc na forum gardłowano zawzięcie i burzliwie. Jednym z najaktywniejszych dyskutantów był kolega o nicku Planeta X. Jego wypowiedzi bardzo nie podobały się administratorom Forum, bo były ostentacyjnie nieprawomyślne. Tak bardzo im się nie podobały, że w końcu go zbanowali.
Związkowe Forum? Tłumi wewnątrzzwiązkową demokrację? Podniosła się solidarnościowa wrzawa. Wtedy właśnie dołączyłem do zacnego grona, przybierając ksywkę Rebeliant. Myślę, że byłem jednym z najaktywniej złorzeczących Zarządowi za forumowy zamordyzm. W którymś momencie Zarząd nie wytrzymał ciśnień i zheblował Forum. Wyczyścił do zera. Wprowadzono restrykcyjne zasady, dopuszczające do głosu wyłącznie członków Związku. Ja takowym nie byłem, więc musiałem pogodzić się z faktem, że „już najwyższy czas opuścić ten las”.
Okazało się, że nie tylko ja. Sam Planeta założył odrębne Forum, niezależne od niezależnego związku. Migracja forumowiczów przypominała Wędrówkę Ludów. Związkowe forum rychło uschło. A ja zostałem ze swoją ksywką, ale nie jak Himilsbach z angielskim, tylko jak dyplomowany krzykacz z bajerancką plakietką.
Tak więc moje publicystyczne „rebelianctwo” u zarania wcale nie miało charakteru antysystemowego, tylko antyzwiązkowy.
Drugie doniosłe wydarzenie tamtego okresu, to proklamowanie przez Federację Związków Zawodowych Służb Mundurowych protestu, w sprzeciwie wobec wyróżnienia przez rząd Tuska podwyżkami tylko policjantów i żołnierzy. W listopadzie pełną parą ruszyły przygotowania, zaplanowano na styczeń trzy etapy protestu, akcję oflagowania, potem kilkugodzinny protest włoski w wybranych przejściach granicznych, a finalnie wystąpienie masowe w formie pikiet pod urzędami wojewódzkimi w czterech miastach-gospodarzach piłkarskiego turnieju Euro 2012.
Wszystko ładnie pięknie, tylko że nikt nie zadbał o spójny przekaz do mediów i w drugą stronę, do potencjalnych uczestników. I wtedy wkroczyłem JA, cały na rebeliancko. Na forach dyskusyjnych wyśmiewano moje „plakaty” - wtedy pojęcie memu nie było tak popularne jak teraz - drwiono, że to infantylne itd. A ostatecznie okazało się, że przygotowane przeze mnie materiały, to była jedyna forma promocyjna, którą dostrzegły media ogólnopolskie.
Minęło trochę czasu i rząd rozpętał pierwszą ze swoich kampanii pogardy i nienawiści wobec Ludzi Munduru. Uporczywie i na chama usłużne media kolportowały narrację o rozkapryszonych nierobach i 35-letnich emerytach wiodących życie krezusów. I wtedy ponownie wkroczyłem JA - cały na rebeliancko, ale dodatkowo uzbrojony w mój najgroźniejszy oręż - smykałkę literacką.
Napisałem słynny tekst „Mundurowi kułacy mówią DOŚĆ” - któremu można by dzisiaj dodać podtytuł „Narodziny gwiazdy”.
Już jako porucznik z przerośniętym ego uczyłeś się na własnych błędach, czym jest system. Dzisiaj w swoich tekstach bezlitośnie chłoszczesz kadrę dowódczą, używając określeń „beton” lub „Trepostan”. Czy biorąc pod uwagę twoje własne doświadczenia, ta twoja systemowa zawziętość na ludzi z góry wynika z poczucia, że współcześni generałowie i komendanci całkowicie porzucili klasyczny etos oficerski na rzecz serwilizmu politycznego i układów, czy problem leży głębiej – w samej konstrukcji awansów i negatywnej selekcji wewnątrz polskich formacji?
Kadra dowódcza marnieje nam z roku na rok. Oczywiście nadal działają dzielni dowódcy, zarówno z pokolenia dojrzałego, szkolonego „po dawnemu” , jak i młodzi, wnoszący świeżość i energię. I to wcale nie wyłącznie oficerowie. Jednak natura procesów zarządzania zasobami ludzkimi, po mundurowemu nazywana dowodzeniem, najsilniej eksponuje baranów. Baranów, buców, kmiotów, dyletantów, kieszonkowych dyktatorów, zakompleksionych tchórzy, karłów moralnych i wszelką inną szumowinę osadzoną na stołkach drogą układów i układzików.
Trudno powiedzieć, że przedstawiciele tego podgatunku, tego polipa, nierokującego wyleczenia, „porzucili etos”. Nie możesz porzucić czegoś, czego nigdy nie miałeś.
To nie jest tak, jak w bajce o Scrooge’u, że młody obiecujący oficer, początkowo bardzo lojalny wobec podwładnych i odpowiedzialny za swoich ludzi, z czasem zgorzkniał i zaczął ich zaniedbywać, by ostatecznie przemienić się w podłego mobbera. Nie nie. K*wą nikt się nie staje. To się przynosi w sobie. Z upływem czasu, to ja mogę, nie wiem, z energicznego reformatora stać się zrezygnowanym rutyniarzem, ale nie bezduszną świnią, łasą na korzyści materialne i osobiste.
Dlatego tak zawzięcie zwalczam to draństwo, ilekroć nadarzy się sposobność.
System odpowiada Ci tym samym. Ciągano cię po sądach. Pewien boss wygrał z tobą dwa procesy. Machina i jej strażnicy potrafią uderzyć odczuwalnie, a walka z nimi niesie ze sobą realne koszty. Gdzie w twojej głowie przebiega granica między uzasadnioną, moralną obroną „mundurowego proletariatu”, jak chętnie nazywasz uciśnione mundurowe doły, a czystą, ludzką satysfakcją z faktu, że jako samotny strzelec potrafisz jednym wpisem wywołać panikę na samych szczytach władzy i zmusić mniej lub bardziej ważnych komendantów do sygnowania gęstych, nerwowych oświadczeń? Ile w tym misji, a ile czystej radości z celnego trafienia?
Takie hobby faktycznie bywa kosztowne… Granica w mojej głowie przebiega po linii odpowiedzialności za swoje najściślej rozumiane życie osobiste. Ratownik, który utonął z wyczerpania, nikomu już nie pomoże. Zdrowie i rodzina, to mój kapitał, który sam się odnawia, ale wymaga umiaru. Sposobność do przywalenia kanalii z ciężkimi pagonami, to nie jest każda sytuacja, gdy taki pasożyt się ujawni. To jest taka okazja, w której mogę zawalczyć w warunkach skalkulowanego ryzyka, ale nie w „szturmie banzai”.
Ile mogę, to pomogę, owszem, zgarniając na klatę większość ciosów zadanych przez system i jego sługusów. Skład magicznego napoju, którym poi mnie mój druid, to po równo misja i radość. Myśliwy wyrusza na misję, a udane łowy przynoszą mu radość i rekompensują trudy wyprawy. Nieudane natomiast, na szczęście stosunkowo rzadkie, to zawsze impuls do pragmatycznej refleksji, co poszło nie tak i jak w przyszłości uniknąć zdefiniowanych błędów.
Skrzynka odbiorcza MDR to wirtualna ściana płaczu, ale też pole minowe. Trafia tam okresami sporo emocjonalnych wiadomości od zdesperowanych ludzi. Jak od strony rzemieślniczej odsiewasz autentyczne ludzkie dramaty i systemowe patologie od zwykłych, subiektywnych żali, a przede wszystkim – od potencjalnych prowokacji i „podrzucanych kwitów” ze strony wydziałów wewnętrznych lub skłóconych ze sobą mundurowych, którzy chcą użyć twojego profilu do załatwienia prywatnych porachunków? Jak weryfikujesz to, co ląduje na twoim cyfrowym biurku?
Zawodowa wprawa, bazująca na psychologicznym wykształceniu i praktyce w obszarze analizy kryminalnej, pomaga mi silnie wyostrzyć ustawienia mojego socjo-radaru. Oczywiście każdego można podejść, na każdego kozaka znajdzie się większy kozak. Ryzyko wpadki jest niskie, ale nigdy zerowe. Przekonałem się o tym w sumie kilkadziesiąt razy na przestrzeni półtorej dekady działalności koncernu MDR Entertainment.
Krytycy z oficjalnych gabinetów zarzucają Ci, że na profilu stosujesz skrajnie uproszczoną, czarno-białą narrację: „dobry dół” kontra „zła góra”. Czy uważasz to zero-jedynkowe stawianie spraw za konieczną formę marketingu w mediach społecznościowych i jedyny sposób na przebicie się przez biurokratyczny szum, czy może sam system mundurowy stał się dziś tak spolaryzowany, że nie zostawia już miejsca na żadne niuanse i odcienie szarości?
Żeby w zgiełku socjal mediów zostać usłyszanym, trzeba coraz głośniej krzyczeć. Im głośniej przekazujemy nasz komunikat, tym wyraźniej musimy operować aparatem mowy i tym mniejsza jest objętość komunikatu. Trudno krzykiem prowadzić uczoną dysputę o naturze złożonych zjawisk. Socjal media, jako narzędzie propagandowo-interwencyjne, narzucają redukcjonizm formy i treści.
Niuanse i odcienie pozostawmy wrażliwym impresjonistom. Skretyniały pajac na urzędzie nie gnębi podwładnych odcieniami, tylko toporną trepozą. Gdzie tu jest miejsce na niuanse? A jakie odcienie - w sensie znaczeniowym - zmieszczą się na plakacie piętnującym patologie systemu lub mobilizującym do walki w obronie słusznych praw?
Dobry dół, to oczywiste uproszczenie, bo nie każdy na szczeblu wykonawczym, to nieskazitelny bohater bez peleryny. Tak samo, jak nie każdy z wyższych żerdzi drabiny, to Von Nogay. Z tym, że odpowiedzialność rośnie wraz z pozycją w hierarchii, bo im wyżej zaszedłeś, tym bardziej jesteś widoczny.
Pamiętajmy także o jednej z najświętszych zasad w formacjach mundurowych - żołnierze i funkcjonariusze mają prawo do bycia dobrze dowodzonymi. Kiedy dochodzi na pogwałcenia tego prawa, reflektor wyrzuca w górę strzelisty snop, wyświetlający na niebie logo MDR.
Czarno-biała narracja, to także wyznacznik stylu, marki. Na portalach społecznościowych nie brakuje profili, które komunikują się z odbiorcami za pośrednictwem wyważonych, stonowanych i ugrzecznionych postów, ociekających przezornością procesową. Taką przyjęły linię i OK. W ekosystemie panuje bioróżnorodność.
Twoi fani na Facebooku nie otrzymują legitymacji członkowskich, a ty sam nie budujesz wirtualnej armii. W okresach względnego spokoju proponujesz jednak tematy do przemyślenia, dyskusje o procedurach i rozwiązaniach taktycznych. Jak w warunkach całkowitej, internetowej anonimowości, gdy ludzie boją się zostawić pod postem chociażby kropkę z obawy przed BSW, weryfikujesz, czy to twoje dawkowanie merytorycznej wiedzy w ogóle rezonuje w garnizonach, czy po prostu piszesz w próżnię cyfrowego świata? Gdzie widzisz dowód, że ktoś te materiały czyta?
Społeczność gromadząca się wokół facebookowego fanpage’a nie ma ram organizacyjnych i zweryfikowanej liczebności. Nikt nie odbija karty na wejściu do internetu, więc frekwencja pozostaje parametrem szacunkowym. W okresach wzmożenia, na przykład gdy jakiś resortowy klaun usiłuje robić oszczędności kosztem ludzi munduru, łatwiej skupić na sobie uwagę liczniejszego grona odbiorców. Gdy bitewny kurz opadnie, ludzie rozchodzą się do swoich zajęć.
To jest okazja, aby zaproponować odbiorcom inny rodzaj przekazu. Do kogo on dotrze? Kto słucha spikera radiowego? Zniechęcająca wizja bycia ekspertem do szuflady nabiera wtedy wyraźniejszych konturów. Ale jest też tak, że nie wszystko, nie dla wszystkich i nie zawsze. Bardziej złożone koncepcje, ktoś złośliwy powie bardziej wydumane, nie są dedykowane zabieganym zapracowanym użytkownikom smartfonów w drodze do „fabryki”. Dowodem na to, że gdzieś tam, w cyberodmętach mruga „ta jedna para słuchających oczu”, jest po prostu bezpośrednia komunikacja z adresatami, na których opinii mi zależy, albo których chciałbym nakłonić do podjęcia określonej aktywności związanej z danym materiałem.
Polski system mundurowy jest skrajnie poszatkowany – Policja, Straż Graniczna, Straż Pożarna i Służba Więzienna żyją w oddzielnych, zamkniętych światach, a ich kierownictwa rzadko potrafią wypracować wspólny front. Na twoim profilu te bariery znikają, a mundurowi z różnych formacji zaczynają widzieć, że jadą na tym samym wózku. Czy uważasz, że budowanie takiego wspólnego etosu „człowieka munduru” to największa, trwała wartość MDR? Czy to właśnie ta interdyscyplinarna solidarność dołów najbardziej przeraża centralne aparaty władzy, które wolałyby zarządzać skłóconymi i odizolowanymi od siebie formacjami?
Divide et impera… Pod tym względem żadna z dotychczasowych ekip nie ma czystego sumienia. Za rządów PiS erozja mundurowego środowiska zawodowego postępowała w tempie przerażającym. Kierownictwo resortu spraw wewnętrznych z wytrawną biegłością zniewoliło mentalnie centrale wiodących związków zawodowych. Finalnie te jełopy publicznie zadeklarowały, że zrzekają się prawa do protestu.
Związkowi kastraci, albo niedouczeni szowiniści swoich formacji, wymądrzający się w mediach i deprecjonujący kolegów w innych mundurach, to trudny materiał, mało podatny na resocjalizację. Krzewienie ducha mundurowej jedności, koleżeństwa ponad właściwością ustawową, popularyzacja idei współpracy w celu maksymalizacji liczebności w walce o te same prawa, przypomina wołanie na puszczy. Narracja MDR w tym aspekcie jest jednoznaczna i opiera się na haśle „różne barwy, jedna służba”. Ta wartość jest jednym z filarów misji MDR, lecz walka o nią, lub walka w jej obronie wymaga cierpliwości. To praca organiczna, gdzie kropla drąży skałę.
Oczywiście, że w rządzie i w resortach mundurowych cieszą się, mając naprzeciw siebie zamiast zwartej zorganizowanej masy funkcjonariuszy, świadomych swych praw i potencjału, chaotyczną zgraję kłótliwych ignorantów, którzy nie interesują się niczym, poza własną szafą BHP. Lenistwo poznawcze zasługuje na jak najsurowsze napiętnowanie, bez względu na powszechność tej przywary we wszystkich formacjach.
Zarządy Główne związków zawodowych niezmiennie argumentują, że realne, systemowe zmiany – jak chociażby ustawa o „psich emeryturach” – wywalcza się wyłącznie żmudnymi, nudnymi negocjacjami przy okrągłym stole z ministrem, a nie facebookowymi odezwami i wyśmiewaniem liderów. Ty z kolei od 14 lat pokazujesz, że ten model gabinetowej dyplomacji w polskich realiach jest fikcją i służy głównie obłaskawianiu „tłustych kotów”. Dlaczego uważasz, że bez internetowej, bezwzględnej partyzantki informacyjnej, te oficjalne negocjacje są dziś warte tyle, co papier, na którym związki podpisują porozumienia z MSWiA? Gdzie leży przewaga twojego nacisku?
„Psich emerytur” prawdopodobnie by nie było, gdyby starania o nie pozostawić miernotom z Zarządów Głównych. Ustawowe regulacje w tym zakresie, to rezultat żmudnego walenia głową w mur przez zdeterminowanych związkowców pozostających w kontrze do słodkopierdzącej linii programowej swoich central. Ta walka mogła przynieść efekt dopiero wtedy, gdy została wsparta sprawnym piarem, dzięki któremu „świat się dowiedział”. To doprowadziło do powstania zewnętrznej, obywatelskiej presji na biurokratycznych leni i nieudaczników w lampasach.
Nacisk w stylu MDR absolutnie nie gwarantuje przewagi nad metodycznymi negocjacjami. Nie jest wobec nich alternatywny, tylko komplementarny. Ale to muszą być negocjacje, a nie wizyta chłopków roztropków, którym imponuje, że minister osobiście podsunął im filiżankę kawusi i będą mogli z dumą opowiedzieć o tym po powrocie do swego przysiółka, prezentując zauroczonym słuchaczom liczne pamiątki z wycieczki do stolicy, takie jak bilet na metro.
Rozmawiamy w momencie, gdy MSWiA powołało oficjalne zespoły ds. wdrożenia sztucznej inteligencji w Policji i Straży Granicznej, mające automatyzować analizę danych i uszczelniać systemy. Czy twój rzemieślniczy, manualny bunt oparty na skanach papierowych pism z szafy na surduty ma jeszcze rację bytu w starciu z cyfrowym systemem, który uczy się przewidywać wycieki informatorów?
Sugerujesz, że nadchodzi nieuchronny kres ery kina niemego. No cóż, człowiek potrafi się do wszystkiego dostosować.
Po pierwsze, dopiero powołano te zespoły. Dotychczasowa praktyka pokazuje, że w służbach mundurowych zespoły często powołuje się z braku autentycznej woli działania. Zanim zespół się zbierze, zanim uzgodni zakres i metodę działania, zanim - nie daj Bóg - pojawią się pierwsze efekty, upłynie dość czasu, aby niewymieniony przeze mnie z nazwiska geniusz Karpat doczekał do kolejnych wyborów.
Ale OK, szyderstwa odłóżmy na bok i przyjmijmy, że faktycznie ktoś się prężnie zabrał za „przemalowanie komputerów” w Policji i SG. Na sposoby są sposoby. Wśród sygnalistów nie brakuje cyberbystrzaków. Poza tym informacje przekazywane do MDR częściej mają formę opisu patologii w miejscu pełnienia służby. Świadectwo o dowódczych wybrykach tego i owego apodyktycznego imbecyla niekoniecznie musi wymagać biegłości w kryptologii.
Rebeliancie, nazwa „Mundurowi Dziękują Rządowi” powstała w 2012 roku. Przez te 14 lat u władzy zmieniali się premierzy i ministrowie, ale w głębi systemem sterują te same, zabetonowane twarde rdzenie i pretorianie – zarówno z otoczenia obecnej władzy, jak i poprzednich. Czy po 14 latach walki z ludźmi, którzy nigdy nie odchodzą, nie masz poczucia totalnej syzyfowej pracy? System jest zaimpregnowany na krytykę, a ty wciąż – z tą samą wściekłością – piszesz o tych samych problemach w dołach, które dla tamtych gabinetów politycznych są po prostu niewidoczne.
To jest praca o nawracającej dynamice, nie syzyfowa. Spójrzmy na zagadnienie przez pryzmat alternatywy, czyli co by się działo, gdyby zakulisowa swawola zadufanych urzędasów, to istne „chamstwo w państwie”, nie napotkało żadnego przeciwdziałania. Posłużę się metaforą. Każda jednostka pływająca po powrocie z rejsu jest kierowana do suchego doku dla oczyszczenia kadłuba z wszelkich brzydkich substancji, które nagromadziły się po drodze. Wiadomo, że one i tak znowu zaczną się przyklejać do nieswoich zasług, ale brak regularnej higieny doprowadziłby w końcu do katastrofy.
Tak samo jest z tą niewidzialną gabinetową hubą, bezproduktywnie wysysającą soki z ostatnich sprawnie działających resztek systemu. Co pewien czas trzeba komuś przywalić publicystyczną fangę, żeby grzyb nie rozlazł się jeszcze bardziej.
Ponadto walka z systemem, czy też o zmiany w systemie, to tylko część aktywności MDR. Inną jej częścią jest nagłaśnianie ujawnianych na bieżąco defektów organizacji. Von Nogaye byli, są i będą, ale jednak zawsze jest to aktualnie piastujący stanowisko zwyrodnialec. Po nim być może przyjdzie następny, albo jeszcze głupszy. No to i następny dowie się, że jego haniebne zagrywki wobec podwładnych niosą ze sobą bardzo konkretny koszt, poczynając od upublicznienia faktu oczywistego, czyli jak się nazywa i jak wygląda kierownik danej jednostki.
SESJA TRZECIA
Skrzynka odbiorcza MDR to cyfrowy magazyn amunicji, ale w dobie realnego kryzysu geopolitycznego na wschodniej flance granica między publicystyką demaskatorską, a nieświadomym sabotażem staje się niebezpiecznie płynna.
Kiedy nagłaśniasz chaos proceduralny, braki w ukompletowaniu sprzętowym pododdziałów na linii, czy wewnętrzne wojny kadrowe w komendach Straży Granicznej i Policji, walczysz o usankcjonowanie zapisanego w Konstytucji prawa opinii publicznej do prawdy.
Jednak z perspektywy chłodnej analizy wywiadowczej te same posty to gotowe, zweryfikowane raporty o słabościach operacyjnych państwa. Są podane obcym służbom na tacy, bez konieczności prowadzenia głębokiego rozpoznania.
Jak twój „socjo-radar” rozwiązuje ten dylemat?
Gdzie w twoim rzemieślniczym podejściu przebiega twarda granica, za którą uznajesz, że dany dokument z szafy komendanta – choćby najbardziej patologiczny i nośny wiralowo – musi wylądować w niszczarce, ponieważ jego upublicznienie uderzy nie w beton sztabowy, ale w fizyczne bezpieczeństwo granic Rzeczypospolitej?
Pytasz o moją definicję racji stanu?
Najpierw sprecyzujmy, czego dowiesz się z MDR, a czego obce służby jeszcze nie wiedzą. Moim zdaniem nie ma takich rzeczy. To, że komendant straży pożarnej w jakiejś pipidówie jest encefalopatą, stanowi tajemnicę poliszynela. Miejscowi doskonale o tym wiedzą i gadają. Rola MDR sprowadza się do wystawienia debilowi rachunku za świństwa, które robi ludziom, do pokazania go palcem z okrzykiem - zobaczcie, tak wygląda jełop!
Oficer prowadzący, zakamuflowany w białoruskiej ambasadzie jako radca handlowy, już dawano ma tę kanalię dokładnie zmapowaną i sprofilowaną. On dysponuje obszerną pulą takich kandydatów na świadomych współpracowników albo użytecznych idiotów.
Ważne jest, aby poza przełożonymi z resortu i wywiadowcami ze Wschodu, o patologicznej aktywności zwyrodnialca w oficerskim mundurze dowiedziała się także rodzima opinia publiczna. Głupio tak, pominąć Suwerena w obiegu informacji.
A sygnały o rozpadającym się sprzęcie? Jeśli dowiaduje się o tym MDR, to znaczy, że wszyscy inni zdążyli się już dowiedzieć. Wszyscy z wyjątkiem Suwerena. Zamiast szantażować mnie racją stanu, odejmijcie sobie od nienasyconych ryjów i sypnijcie łaskawie groszem na remonty. I rozejdziemy się bez guza.
Istnieje proste kryterium, pozwalające przekonać się, czy MDR ułatwia pracę szpiegom. Wjazdy na chatę do Admina przez polskie służby. Nic takiego nigdy nie miało miejsca. Nigdy na MDR nie pojawiły się materiały niejawne w rozumieniu klauzul od „zastrzeżone” do „ściśle tajne”. No chyba, że ktoś chce ze sztabowego matołectwa robić tajemnice państwową. Ktoś powie, że są jeszcze dane wrażliwe, bez klauzuli, ale nieprzeznaczone do publicznej wiadomości. Odpowiadam - po to Admin ma mózg, aby go używać.
Czy dopuszczasz do siebie myśl, że twoja publicystyczna machina napędza się kosztem żywych ludzi, a rosnące statystyki wyświetleń profilu są bezpośrednio skorelowane ze złamanymi życiorysami?
Czy masz świadomość, że w realiach koszarowych i sztabowych to milczący informatorzy płacą najwyższą zawodową i osobistą cenę za dokumenty, które lądują na twoim cyfrowym biurku?
W sferze publicznej to ty zbierasz laury jako nieustępliwy „Rebeliant”, podczas gdy system bezwzględnie namierza tych ludzi, niszcząc ich kariery, uruchamiając procedury dyscyplinarne i skazując na ostracyzm.
Jak radzisz sobie z tą potężną dysproporcją i asymetrią kosztów we własnym sumieniu?
Gdzie leży granica moralnej odpowiedzialności, gdy zdeterminowani funkcjonariusze, którzy uwierzyli w twoją misję, stają się de facto mięsem armatnim w twojej prywatnej wojnie z systemem?
Interwencyjno-obronna aktywność MDR w głównej mierze bazuje nie na dokumentach, ale na relacjach sygnalistów. Zawsze dążę do ustalenia, w jaki sposób można zweryfikować wiarygodność otrzymanej informacji. Jeśli Sygnalista przesyła mi screen z oficjalnej strony jednostki organizacyjnej, to żaden dokument nie jest potrzebny i żaden Hans Kloss nie wpadnie z mikrofilmem w ręce Brunnera Spraw Wewnętrznych.
Zawsze gdy otrzymuję z linii sygnał o patologiach dowódczych, pouczam i ostrzegam nadawcę, że gdy gówno wpadnie w wentylator, to jełopy z dowództwa zamiast napiętnować sprawcę nadużyć, całą energię przeznaczą na zdemaskowanie sprawcy przecieku. Obie strony, ja - publicysta i on, Sygnalista, muszą mieć świadomość ryzyka. Kieruję się zasadą, którą uważam za kanoniczną, że bezpieczeństwo źródeł, to świętość. Ode mnie nikt niczego nie wyciągnie, ale to Sygnalista jest na miejscu i to on musi świadomie ocenić, jakie ma pole do manewru.
Twoje pytanie zasadza się na tezie, że to nie MDR jest dla ludzi, tylko oni dla MDR. Rebeliant, jako bezduszny Bonaparte, który niedbałym gestem wysyła całe bataliony na pewną zgubę. Aby udowodnić tę tezę, musiałbyś wskazać choćby jeden przypadek, kiedy to ja nakłaniałem Żołnierza albo Funkcjonariusza do przekazania mi informacji albo materiałów obciążających kogoś z jego kierownictwa. Teza jest fałszywa.
Czy masz świadomość, że platforma MDR z założenia działa jak filtr selektywny, generujący u odbiorców głębokie skrzywienie poznawcze?
Czy twoja metoda analityczna celowo ignoruje drugą stronę medalu – prawidłowo przeprowadzone procedury, udane akcje operacyjne czy sprawnie funkcjonujące tryby systemu bezpieczeństwa państwa – na rzecz budowania w sieci permanentnej karykatury formacji?
Na twoim profilu publikowane są wyłącznie relacje o nieprawidłowościach, błędach dowodzenia, mobbingu czy dysfunkcjach strukturalnych. Tworzy to skrajnie asymetryczny, spolaryzowany obraz rzeczywistości, z którego całkowicie wycięto instytucjonalną normalność.
Jak bronisz się przed zarzutem, że zamiast rzetelnej syntezy pełnego spektrum danych, świadomie serwujesz swoim czytelnikom uproszczony, czarno-biały świat?
Gdzie w twoim horyzoncie umysłowym przebiega granica między uzasadnionym demaskowaniem błędów a tworzeniem zamkniętej, toksycznej bańki informacyjnej?
Tak, mam tę świadomość. MDR nie rozpieszcza oka widza pastelami. Tylko że w mediach społecznościowych funkcjonuje mnóstwo stron dla entuzjastów munduru i sprzętu, które prawie całkowicie koncentrują się na pozytywnych aspektach służby i na „fajności” wyposażenia. Mocarna lotniskowa Barracuda, kapitalny Grot, albo majestatyczny Abrams, to ikoniczne symbole tej narracji. Dodajmy obszerny fotoreportaż z poligonu, gdzie kolesie w balaclavach i kewlarach high-cut dziarsko opuszczają się na linach z super-chruper wypasionego Black Hawka. I w naszym „Studio Pasjonat” panuje już taka ciasnota, że nie wystarczy miejsca na regał ze skargami.
A ty, szaraku-biedaku, w swoim komisariacie na krańcach internetu, tłucz nadgodziny za pół darmo, podejmuj domowe interwencje na których możesz dostać siekierą w łeb - i milcz. Nawet nie ze strachu. Milcz, bo i tak nikt cię nie wysłucha. A ja mówię sprawcom niedoli tego Niebieskiego Brata - spróbujcie sił ze mną. I dodaję kilka cierpkich uwag na temat ich matek.
A potem zgłasza się do mnie kolejny Niebieski Brat, potem zielony, szary… Jednak i ja zamieszczam na MDR materiały ukazujące pozytywy służby, tylko że w odwróconej proporcji w stosunku do innych platform socjal medialnych. Gdyby efekt był toksyczny, to wokół MDR nie zgromadziło się 20 tysięcy obserwujących internautów - plus drugie, a może i trzecie tyle niemych mrugających.
Czy dopuszczasz do siebie ewentualność, że ministerstwo – bez jakiejkolwiek sympatii do marki MDR – bezwzględnie i instrumentalnie konsumuje owoce Twojej pracy, wykorzystując nagłaśniane przez Ciebie skandale jako wygodny pretekst medialny do realizowania własnych roszad i wojen frakcyjnych w komendach?
W jaki sposób zabezpieczasz linię redakcyjną przed taką zakulisową instrumentalizacją ze strony aparatu politycznego, który używa Twoich zasięgów jako gotowego, społecznego uzasadnienia dla czystek kadrowych?
Gdzie przebiega twarda granica, za którą publicystyka śledcza przestaje uderzać w beton systemowy, a zaczyna po prostu służyć urzędnikom do realizowania ich własnych, gabinetowych interesów w MSWiA?
Potrafię sobie wyobrazić taki rozwój sytuacji, ale uwzględniając średnie IQ przebijające z zachowania resortowych bonzów, oceniam że prawdopodobieństwo takiego scenariusza plasuje na granicy istotności statystycznej, czyli jest minimalne.
Aby móc brać je poważnie pod uwagę, musielibyśmy obserwować relacje w mediach głównego nurtu o dymisjach, spadających głowach, przeciągach kadrowych. Tymczasem panuje tam kompletna cichosza. Przekaz MDR nie jest, mówiąc najdelikatniej, przesadnie przychylny rządzącym, zatem przejawiają oni raczej tendencję do ignorowania mojego fanpage’a. Względnie do aroganckiej konfrontacji, jak to niedawno zrobiła pewna posłanka, która poskarżyła się na mnie organom ścigania.
Przyłóżmy do aktywności MDR właściwą skalę. Gdy mówisz o skandalach, sugerujesz, że prowadzę biuro jakiegoś współczesnego Pinkertona, którego ustalenia co i rusz wstrząsają opinią publiczną od Giżycka po Majorkę. Nie mam aż tak umięśnionej samooceny. Co pewien czas, raczej z rzadka, publikowane przeze mnie teksty przebijają się poza mundurowy kordon i wtedy faktycznie sejsmografy rejestrują stukot czaszek, turlających się po sztabowych schodach. Jednak codzienna rutyna, to co najwyżej opuchnięte dziąsła zadufanych lokalnych kacyków, którym się wydawało, że wszystko im wolno.
Czy analizując długofalowe skutki swojej publicystyki, dostrzegasz ryzyko, że permanentne i wieloletnie epatowanie systemowym bezprawiem wywołuje u Twoich młodszych odbiorców destrukcyjny syndrom wyuczonej bezradności?
Czy masz świadomość, że codzienna dawka relacji o mobbingu, układach kadrowych i bezkarności przełożonych – obok oczywistej funkcji demaskatorskiej – działa na tysiące wchodzących do służby ludzi jak potężny środek demotywujący, który ostatecznie zabija w nich resztki wiary w sens rzetelnej pracy dla państwa?
W jaki sposób odróżniasz budowanie realnej świadomości środowiska od infekowania go cyfrowym nihilizmem, który utwierdza czytelników w przekonaniu, że system jest całkowicie niereformowalny, a jedyną logiczną strategią przetrwania na linii jest asekuranctwo i marazm?
Gdzie przebiega granica twojej odpowiedzialności za nastroje i kondycję psychiczną formacji, gdy Twoje wiralowe zasięgi rosną wprost proporcjonalnie do poziomu frustracji i zbiorowej depresji zawodowej, jaką generują publikowane na MDR treści?
Uściślijmy pojęcia - wyuczona bezradność pojawia się wtedy, gdy nabierasz świadomości, że to, co spotyka cię w robocie, w ogóle nie zależy od tego, w jaki sposób ją wykonujesz. Innymi słowy możesz harować jak wół, a i tak nagrody dostaną ci co zawsze. Albo możesz zapieprzać przez cały rok, upał, słota, mróz, syf, kiła, migranci, a przez tydzień być na zwolnieniu lekarskim - i zostajesz pominięty przy rozdziale kilkutysięcznych nagród, bo takie jest kaprycho wojewódzkiego barona w lampasach.
Wtedy opadają ci nie tylko witki, ale i gotowość do wykonywania swoich obowiązków z sercem, zaangażowaniem i inicjatywą. Wyuczona bezradność, to zaprzeczenie inicjatywy.
Częste obcowanie z przekazem MDR może dać zupełnie inny skutek - Nie jesteś sam. Nie tylko ty borykasz się z przejawami debilizmu sztabowego. Może warto aktywnie zabrać się za obronę swojej godności i zapisać się do organizacji przedstawicielskiej. Jeśli należysz już do jakiejś i masz poczucie, że jej zarząd tworzą same czopki, to zainteresuj się, poszukaj kontaktu z inną organizacją, mamy związkowy pluralizm. A gdy wszystko inne zawiedzie, możesz się zgłosić do MDR, gwarancji na poprawę nikt ci nie da, ale zostaniesz wysłuchany.
Jeśli mowa o zasięgach pompowanych gniewną łatwizną, to miejmy świadomość, że dwadzieścia tysięcy nie jest może sekcją wędkarską, ale też daleko im do fanklubu Dody. Łatwo znajdziesz na Facebooku takie profile mundurowe, które serwują żenującą popelinę, a od nagłówka po stopkę umorusane są na brązowo. Zasięgi mają stąd po koniec światłowodu - no i jaki z nich pożytek dla młodych, już zajeżdżanych przez tego, czy innego Von Nogaya?
Czy masz świadomość, że dla części środowiska mundurowego, a przede wszystkim dla znacznej części kadry kierowniczej, działalność MDR stanowi formę wizerunkowego sabotażu, który uderza rykoszetem w ludzi niezwiązanych z żadną patologią?
Czy dopuszczasz do siebie argumenty tych funkcjonariuszy, którzy uważają, że permanentne publiczne pranie brudów na Facebooku bezpowrotnie niszczy resztki społecznego szacunku do całego munduru i drastycznie utrudnia codzienną, ciężką służbę na ulicy?
Kiedy opinia publiczna karmi się kolejnymi ujawnionymi aferami, obywatele zaczynają patrzeć z nieufnością na każdego funkcjonariusza, upatrując w nim potencjalnego mobbera, cwaniaka czy nieudacznika. Cena za zasięgi twojej marki bywa przerzucana na barki tych, którzy uczciwie realizują swoje obowiązki na pierwszej linii.
Jak odpowiadasz na zarzut, że zamiast oczyszczać formacje, zniechęcasz społeczeństwo do instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo kraju?
Gdzie w twojej strategii leży granica między koniecznym piętnowaniem patologicznych jednostek a dbaniem o elementarny autorytet i stabilność formacji w oczach obywateli?
Znacznej części kadry kierowniczej mam do powiedzenia, co następuje - szanowny młodszy brygadierze powiatowy, do tej pory tylko rodzina wiedziała, jaki z ciebie burak, a teraz dowiedzą się wszyscy. Bo ty, świnio, ludzi nie szanujesz. I karierę budujesz na krzywdzie podwładnych. I każde słowo krytyki traktujesz jako dozgonną zniewagę, ty mściwa kanalio.
Natomiast kolegom ze szczebla wykonawczego chciałbym zwrócić uwagę na dwa wydarzenia, które ściśle korespondują z omawianym zagadnieniem. Pierwsze miało miejsce w marcu 2024 roku. W trakcie protestu rolników w Warszawie jeden z funkcjonariuszy rzucał w manifestantów kostką brukową. Wszczęto procedury wyjaśniające, w następstwie których krewki miotacz zaliczył karę nagany.
Drugie wydarzenie jest dużo świeższe. 15 maja 2026 roku po otrzymaniu anonimowego fałszywego zgłoszenia policjanci weszli do mieszkania dziennikarza Tomasza Sakiewicza. Ich zachowanie w trakcie interwencji zostało zarejestrowane kamerką nasobną oraz telefonem komórkowym przez samego właściciela lokalu. Analiza materiałów skłoniła prokuraturę do wszczęcia śledztwa pod zarzutem przekroczenia uprawień, art. 231 kk.
W obu przypadkach wizerunek Policji drastycznie ucierpiał. Zachowanie policjantów zostało wyraźnie utrwalone na nagraniach wideo. Do szerokiej opinii te nagrania dotarły za pomocą mediów społecznościowych, ale nie za pośrednictwem żadnych psioczących na system MDRów.
Czy ktoś, kto tych policjantów, tego sprzed dwóch lat i tych z maja, tak nafaszerował bredniami proceduralnymi, miał odwagę cywilną i ujawnił się, że to on? Czy któryś z przełożonych zachował resztki honoru i wziął na siebie odpowiedzialność za sprawstwo kierownicze? Dla mnie nie ulega wątpliwości, że stare pryki, cwaniaki, za przeproszeniem koszarowe chujopląty, natkały młodym trocin do łbów, wmawiając, że to trzeba być twardym i się nie certolić. A do tego swoje zrobili ulizani sługusi, którzy ku upodobaniu czynnika politycznego, wysłali podwładnych do wykonania brudnej roboty.
Pytanie retoryczne - kto ponosi odpowiedzialność za ten „wizerunkowy sabotaż”?
Przełożony gnębi podwładnego, ale ten ma siedzieć cicho, bo jak się wyda, to obywatele przestaną szanować naszą Formację? Czyli ten podwładny jest zakładnikiem sytuacji? Skoro tak, to kto jest terrorystą?
Ja z trepami, zupakami czy innym zwyrodniałym elementem, dręczącym podwładnych, nie negocjuję. Oni znają tylko jeden język - język strachu przed pokazaniem ich Suwerenowi. Jeśli z kolei ich przełożonym tak drogi jest obraz służby w społeczeństwie, niech nie dopuszczą do tego, aby o zachowaniu takiego imbecyla zrobiło się głośno - ale nie poprzez uporczywą blokadę informacji, bo to zawsze prowadzi do kompromitacji, tylko niech okiełznają swojego pupilka, dadzą mu po łapach, utemperują, albo przeniosą. Jeśli to krawężnikowy policjant, albo strażak z podziału bojowego mają być strażnikami Wizerunku, a jakiś Jaśnie Patałach będzie się rozbijał limuzyną od jednego święta pułku do drugiego jubileuszowego rautu, to proszę do tego MDR nie mieszać, ani nie próbować podkopywać mojej wiarygodności, bo co prawda śmiechem nikogo nie zabiję, ale zrewanżuję się sarkastycznie z nieukrywaną nutką pogardy.
Natomiast jeśli chodzi o „zasięgi mojej marki”, o które rzekomo cynicznie zabiegam, pragnę kategorycznie zakomunikować, że jeszcze nie wykształcono takiego proktologa, który byłby w stanie dogrzebać się do miejsca, w którym mam te zasięgi.
Czy wierzysz w to, że rygorystyczne przestrzeganie psychicznego BHP jest w stanie całkowicie uchronić Cię przed toksycznym osadem, jaki niesie ze sobą całodobowe zarządzanie skrzynką odbiorczą MDR?
Czy dopuszczasz do siebie ewentualność, że ta kliniczna zdolność do zamykania laptopa i odcinania się od ludzkich dramatów – deklaracja, że po wyjściu z sieci żadna dziewczynka z horroru za Tobą nie wypełznie – z perspektywy czasu może rodzić u Ciebie niebezpieczną znieczulicę i cynizm?
Dla postronnego obserwatora Twoje rzemiosło może wyglądać na mechaniczne i odhumanizowane. Przez piętnaście lat przyjąłeś na swoje cyfrowe biurko tysiące wiadomości pełnych bezsilności, strachu i frustracji funkcjonariuszy, którzy w Tobie upatrywali ostatniej deski ratunku.
W jaki sposób zabezpieczasz swój „socjo-radar” przed sytuacją, w której chłodne, niemal korporacyjne traktowanie tych donosów jako zwykłych jednostek treningowych i „zadań do wykonania” nie pozbawi Cię elementarnej, ludzkiej empatii, bez której walka o godność munduru staje się wyłącznie suchą procedurą?
Gdybym miał za każdym razem wsysać w siebie całą złą energię, która spowija relacje o doznanych nadużyciach, nadsyłane przez uciśnionych kolegów, szybko straciłbym zdolność do racjonalnej oceny sytuacji, dającej podstawę do wypracowania adekwatnych dla danego przypadku środków przeciwdziałania patologii. Nauka Kościoła ma w odniesieniu do omawianego problemu klarowne rozwiązanie - ordo caritatis, czyli porządek miłosierdzia. Absolutnym priorytetem jest zabezpieczenie mojej równowagi psychicznej i emocjonalnej. W drugiej kolejności liczą się najbliżsi, a na trzecim miejscu są osoby zgłaszające się po pomoc. Trudno w tej konstrukcji doszukiwać się wyrachowania. Co komu po mojej pomocy, gdy stanę się wypalonym osamotnionym desperatem.
Empatia leży u najgłębszych podstaw mojej działalności reaktywno-interwencyjnej. Ona stanowi aksjologiczne paliwo MDR. Ale w warstwie praktycznej gorące serce musi uznać prymat zimnej głowy. Ot i cała historyja, z zimną krwią obmyślam plan działania, do którego podjęcia skłania mnie wrażliwość na ludzką krzywdę. Nie czuję tu żadnego ryzyka, że podłapię z tego powodu jakieś PTSD, albo wręcz przeciwnie, popadnę w rutynę, maskowaną altruizmem.
Czy analizując półtorej dekady swojej działalności, dostrzegasz realną zmianę w mentalności sztabowej i strukturach zarządzania państwa, czy jedynie serię doraźnych, wymuszonych strachem ustępstw ze strony szeroko rozumianego systemu?
Czy zgodziłbyś się z obserwacją, że mimo takich strukturalnych wyłomów, jak ustawowe uregulowanie kwestii „psich emerytur”, resortowa góra dużo bardziej jest skłonna do urządzania igrzysk dla gawiedzi, co trafnie wypunktowałeś w felietonie „Janusze tradycji”?
Wtedy, w obliczu kryzysu modernizacyjnego, zaproponowałeś radykalny i państwowotwórczy postulat: całkowite ujednolicenie skali rang we wszystkich formacjach mundurowych, aby w godzinie próby, w epoce skomplikowanych operacji połączonych, obywatel natychmiast wiedział, od kogo otrzymuje polecenia i do kogo zwrócić się po pomoc i wskazówki, a sami mundurowi nie gubili się w korowodzie pagonów, gdzie kapitan jest porucznikiem, a po dwóch gwiazdkach następują cztery.
Jak z perspektywy czasu oceniasz szanse na realizację tak głębokich, zunifikowanych reform strukturalnych, w zderzeniu ze skostniałym i rozproszonym aparatem urzędniczym MSWiA i MON?
W tych sprawach wszystko zależy od woli politycznej. Prosty przykład - modernizacja Wojska Polskiego w czasie sprawowania rządów przez poprzedni obóz władzy. Gdy wola polityczna zmotywowała decydentów, to „pstryknięciem palców” wyprowadzili Polskę na pozycję czołgowej i artyleryjskiej potęgi. Wypracowano kontrakty, zabezpieczono środki, zorganizowano dostawy. Nikt nie rozdzierał szat, ani nie debatował długimi miesiącami.
Reforma systemu rang, ujednolicająca system na poziomie ponadresortowym, to poważne wyzwanie, można powiedzieć, że tytaniczne. Ale nie takie rzeczy się robiło ze szwagrem po pijanemu.
W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku Szwecja i Islandia wprowadziły u siebie zmianę ruchu lewostronnego na prawostronny. W obu krajach reforma odbyła się w jeden dzień. Bez ofiar. Warunkiem sukcesu, oprócz politycznej woli, było drobiazgowe logistyczne przygotowanie operacji. Da się? Stara mądrość mówi, że kto chce, ten znajdzie sposób, a kto nie chce, znajdzie powód.
Z psimi emeryturami udało się koncertowo, pomimo tego, że jeden szefów służb uporczywie zasłaniał się „powodami”. Taki sukces potrafi zaszczepić człowieka na bardzo długo - dzięki czemu porażki ponoszone przy próbach oddziaływania na system w innych obszarach, nie prowadzą do zniechęcenia. Jak nie ja teraz, to ktoś inny kiedyś, w końcu zdoła przebić się przez mur arogancji, dyletanctwa i lenistwa, odgradzający istotę problemu od pomysłów na jego rozwiązanie.
Czy dopuszczasz do siebie taką ewentualność, że projekt MDR Entertainment – mimo swojej pokaźnej skali i wiralowych zasięgów – jest w istocie konstrukcją tymczasową, która nie ma żadnych szans na przetrwanie bez Twojej osobistej obecności w sieci?
Czy masz świadomość, że cała ta ponadresortowa platforma buntu jest skrajnie scentralizowana i uzależniona wyłącznie od Twojego nazwiska, Twojej biografii majora rezerwy oraz wyuczonego i praktykowanego przez Ciebie rzemiosła?
Zbudowałeś jednoosobową instytucję zaczepno-obronną, która potrafi trząść ogniwami łańcucha zarządzania i psuć nastrój politykom. Jednak brak jakichkolwiek sformalizowanych procedur sukcesji czy instytucjonalizacji buntu oznacza, że w momencie, gdy z powodów losowych lub zwykłego zmęczenia zdecydujesz się definitywnie odwiesić laptopa na kołek, marka MDR po prostu przestanie istnieć.
Jak odczytujesz obawę, że „mundurowy proletariat” pozostanie bez osłony, ponieważ platforma nie wykształciła trwałych struktur niezależnych od Twojej osoby?
Twoje tezy przywodzą mi na myśl przykład z odległej historii. Imperium Morza Północnego, stworzone przez władcę wikingów, Knuta Wielkiego, rozpadło się w drobnicę niemal natychmiast po jego śmierci, bo jedynym spoiwem, utrzymującym rozległe prowincje w karbach organizmu państwowego był on sam.
MDR, to projekt autorski, który wyewoluował ze spontanicznej akcji sprzeciwu wobec nieprzyzwoitych zapędów ze strony rządzących w stosunku do środowiska mundurowego. Pełny spontan, żadnych spisków, ani knowań. Z czasem doszedł do tego aspekt interwencyjny. A wszystko okraszone humorem dla „członków klubu”. To jest platforma skrajnie scentralizowana, bo administruję nią jednoosobowo, tak samo jak jednoosobowo ponoszę odpowiedzialność za zamieszczane na niej treści.
Tak, beze mnie nie będzie MDR. Nie oznacza to jednak, że nie będzie przestrzeni dla projektu socjal medialnego o zbliżonym, czy wręcz takim samym charakterze, albo dla autora tekstów z podobną smykałką do upierdliwego drążenia kołkiem w dostojnych pępkach. Pytanie, czy tacy następcy się znajdą. Czy pojawi się ktoś dostatecznie zmotywowany i odpowiednio przygotowany warsztatowo do zagospodarowania tej przestrzeni.
Ja nie założę żadnej „szkoły dla rebeliantów”. Albo przyjdzie taki następca, albo nie. Jesienią 2021 roku młodzi policjanci i strażacy, w większości nieopierzeni oficerowie, zainicjowali akcję, którą opatrzyli mianem Wielkiego Protestu Mundurowych. Była to próba powtórzenia „Psiej grypy” z 2018 roku, ale podjęta wbrew woli kierownictwa central związkowych głównego ścieku, które w ciągu trzech lat oddzielających od siebie obie akcje, zdążyły już obrosnąć sadłem, zasłużenie zyskując przydomek „tłustych kotów”.
Zadowoleni ze stanu posiadania, nieskorzy do pracy w obronie godności mundurowego elektoratu, sparaliżowani strachem przed utratą zyskownych układów z władzą polityczną, nie raczyli udzielić młodym oficerom swojej czcigodnej autoryzacji, wobec czego nowa akcja od początku nie miała szans powodzenia, jako nielegalna. A jednak zdeterminowani zapaleńcy kontynuowali ją przez kilkanaście dni. Czy ponieśli porażkę? Z punktu widzenia zakładanych celów, tak. Ale jednocześnie zdołali doprowadzić do sytuacji, w której fasadowi przywódcy związkowi ujawnili swoje rzeczywiste intencje, motywacje i kondycję moralną. Krótko mówiąc okazało się, że są ohydnymi załganym obłudnikami. Te konstatacje w istotnym stopniu przyczyniły się do powstania nowych organów przedstawicielskich, wyrosłych na gruncie pluralizmu związkowego.
Czyli jednak co pewien czas w obrębie polskich formacji pojawia się ktoś, kto czuje się gotowy do podjęcia otwartej walki o rzeczy wielkie, dysponując potencjałem, który postronnym obserwatorom może się wydawać dalece niedostateczny. W poruszonej przez ciebie kwestii pozostaję więc optymistą.
Czy Twoje planowanie obejmuje też etap długiej perspektywy i czy posiadasz wizję takiej kondycji mundurowego sektora działania państwa, w której misję MDR będzie można uznać za zakończoną?
To zależy, jak zdefiniujemy tę misję. Ja nigdy nie zadałem sobie trudu, aby sformułować jej ścisły zakres. Walka o godność Służby. Tylko, że ta definicja jest dosyć pojemna. Obejmuje zarówno stawanie w obronie uciśnionych dołów, jak i posyłanie torped świńskiej szlachcie, taplającej się zgodnie w błotku samozadowolenia. Jest tu także miejsce na podejmowanie inicjatyw prorozwojowych, takich jak te, o których była mowa wcześniej.
Marzy mi się sytuacja, w której organy przedstawicielskie polskich funkcjonariuszy osiągną taką pozycję, jaką mają ich odpowiedniki na przykład w USA, gdzie związki zawodowe są potęgą trzymającą system za mordę, dzięki czemu mogą narzucać, oczywiście w warunkach pewnych legislacyjnych kompromisów, swoją wolę w zakresie kształtu regulacji świadczeń emerytalnych.
Gdyby to nastąpiło, misja MDR może by się nie zakończyła, ale na pewno uległaby zasadniczym modyfikacjom. Silne związki, czyli związki sprawne i zorientowane we właściwym kierunku, potrafiłyby roztoczyć właściwą opiekę nad funkcjonariuszami. Taką, która nie tylko materializuje się w postaci wsparcia procesowego, ale jest aktywna stale, na poziomie codziennego funkcjonowania jednostek organizacyjnych. Nie tylko w sądzie, ale i w wydziale, czy na placówce. Niech żaden krwiożerczy trep nie waży się nastawać na podwładnego. Wtedy będę wiedział, że moja internetowa partyzantka utrzymała zajmowane pozycje do czasu nadejścia odsieczy.
Marzyć wolno każdemu.


Komentarze
Pokaż komentarze