Kościół to jakoby w pierwszym rzędzie wspólnota, wszyscy katolicy. Katolicy świeccy, pod rygorem karnym odpowiadający przed prawem, oraz duchowni, teoretycznie nie będący tutaj żadnymi świętymi krowami.
W praktyce do dzisiaj nie ma w wewnętrznych regułach kościelnych jednoznacznego i bezwzględnego nakazu informowania organów ścigania o przestępstwach eklezjalnych urzędników. Nie ma w organizacji nie tylko stosownych procedur, ale i takiej woli. Jest za to "dobro kościoła", czyli de facto "dobro przestępców".
Nie ma "dobra ofiar". Jest kultura milczenia. Ciche zalecenie nieinformowania mediów o swojej krzywdzie, niezgłaszania przestępstwa organom, rezygnacji z zadośćuczynienia. Bo przecież: "bóg tak chciał" i "nic takiego się nie stało".
Chodzi oczywiście o to, by ofiary kościelnej pedofilii też czuły się zobligowane do nie nastawania na "dobro Kościoła". W efekcie to o czym się dowiadujemy, to tylko czubek góry lodowej.
Trzeba to zaakcentować. Nie było dotąd papieża, który zarządziłby bezwzględne i bezwarunkowe otwarcie tych umownie wspólnotowych, czyli kościelnych archiwów. To jest w przypadku organizacji prawie w 100% składającej się z osób świeckich wręcz zdumiewające. Całość stanu duchownego (z biskupami, diakonami stałymi, zakonnikami i zakonnicami) to 0,1% owej wspólnoty. Stosunek samych księży do wiernych wygląda jeszcze lepiej - 0,03% to czarni, 99,97 owieczki.
Prawo o informacji publicznej Kościoła nie dotyczy. Kościół w rozumieniu prawa nie jest podmiotem wykonującym zadania publiczne. Jest traktowany jako zwykły podmiot prywatny. Nie tylko więc KK nie musi się swojej wspólnocie tłumaczyć, ale i komukolwiek innemu. Jednakowoż, jego pracownicy jako osoby prywatne w pełni podlegają prawu karnemu.
To teraz, na kanwie ostatnich "gorących" wrzutek o jakoby nieprzejednaniu Wojtyły wobec kościelnych pedofilów w okresie jego jeszcze biskupienia w Polsce, proste pytanie. Ilu eklezjalnych pedofilów Wojtyła wsadził za kratki? Bo jak wyglądało krycie kościelnej pedofilii za jego pontyfikatu, to akurat światowa opinia publiczna doskonale wie.
Takiego chociażby księdza Eugeniusza Surgenta ksiądz Wojtyła "szybko" zawiesił dopiero po kilku latach krążących w przestrzeni publicznej informacjach o jego przestępczym grasowaniu i po kilku wcześniejszych przenosinach, na krótko natomiast przed skazaniem przez cywilny sąd. Pytanie kto go kilkukrotnie przenosił, jest w świetle hierarchiczności struktury organizacji retoryczne. I oczywiście to nie Wojtyła zgłosił przestępstwa Surgenta, o których wg ujawnianych dokumentów wiedział.
A tak Surgenta Wojtyła "zawiesił", że Surgent po odbyciu kary wrócił do pełnienia tzw. posługi kapłańskiej. Pełnił ją przez kolejne 30 lat, aż sobie jako "niezawieszony" kilka lat po Wojtyłe zmarł.
Kolejne więc kluczowe nasuwające się pytanie, to czy Wojtyła już jako papież mógł owego Surgenta "odwiesić"?
Bo tak na logikę, to chyba ten powinien "odwieszać", który wcześniej "zawiesił"...? I czy po to "zawieszał", żeby przypadkiem nie wykluczyć?
W każdym razie stosowny dokument odnotowujący owo "odwieszenie" powinien w kościelnych archiwach też się znajdować. Fajnie by było go przy okazji znaleźć, by ta kościelna pedofilska zabawa w kotka i myszkę była jeszcze bardziej widoczna.
Zaś cała ta wzmożona prawicowa dezinformacja o odpowiedzialności Wojtyły jako biskupa i papieża świadczy, że wór z grzechami KK zaczyna się już dość mocno pruć.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)