Chwilowo wciąż jeszcze trwa, choć miała być błyskawiczna i straszliwa. Epicka furia, szast prast i po wszystkim, jak mawiał dziadek Jacek Poszepszyński.
Było; patrzcie i podziwiajcie. Uczcie się i na stojąco klaszczcie. A co jest?
O tym za moment, bo w międzyczasie była przecież sugestywna prośba o pomoc. W kompleciku z eleganckim szantażykiem. I skrupulatnym wyliczaniem, ile i gdzie dokładnie w intencji „bycia dzielnicowym na osiedlu” USA ulokowały swojego wojska.
No więc teraz aktualne jest już odwołanie tego prośbo-szantażu: Z racji tego, że odnieśliśmy tak wielki sukces militarny, nie 'potrzebujemy' ani nie pragniemy już pomocy państw NATO - nigdy nie potrzebowaliśmy!
Epicka samodzielność wróciła. I słusznie, bo po co globalnemu dzielnicowemu sojusznicy, którzy będą się chować za plecami jego doskonale samowystarczalnych wojaków.
Odrobinę pragnął więc, ale nigdy nie potrzebował. A teraz już nawet i nie pragnie. Co tym bardziej jest zrozumiałe, bo osiągnął przecież tak wielki sukces sam, po co mu więc wspólnicy takiego historycznego triumfu.
Jednak chyba największym sukcesem pana Trumpa wydaje się wzbudzenie wśród polskich nacjonalistów pewnej dozy sympatii do Persów, czyli religijnie rzecz ujmując, islamistów.
Lecz kiedy i dokładnie w jaki sposób się to stało, to nawet sami polscy nacjonaliści nie wiedzą. Może najważniejszy impuls dał pewien znany z imienia i nazwiska stadionowy chuligan, który w sprawie wysłania polskich żołnierzy do Persji jako jeden z pierwszych spuścił pana Trumpa na drzewo.
Gorzej tylko, że chwilowo mili sercu polskiej prawicy Persowie nieco się postawili i bynajmniej nie zamierzają odpuszczać. I prawdopodobnie ostatecznie pana Donalda ze swojej cieśniny pogonią. Na szczęście za ceny paliwa na polskich stacjach i tak winny będzie Donald Tusk, który zawsze najwięcej przecież może.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)