Nie pytam o jakąś domniemywaną legalność (czy nielegalność) krzyża, bo w katolickim oglądzie świata nic nie jest stałe. Jedni katolicy będą się śmiać z konstrukcji naprędce sklepywanej przez Bąkiewicza, inni oburzać, a jeszcze inni bez mrugnięcia okiem twierdzić, że niczym Chrystus niósł na swych barkach prawdziwy, pełnowymiarowy symbolicznie krzyż.
Nie będą zarazem ci ostatni widzieli w działaniach tego osobnika plugawienia zarówno krzyża, jak i — jak to się mówi — narodowych pieśni. Pieśni prawie dorównujących świętością owemu prostemu, acz jakże symbolicznemu konstruktowi. Rota w ustach chuligańskiego szowinisty i zwykłego finansowego chachmęta brzmieć będzie nadzwyczaj dumnie.
Pytam więc wyłącznie o prawo posługiwania się symbolem tak ważnym ponoć dla katolików przez ludzi głoszących jawnie antychrześcijańskie poglądy. Poglądy zwyczajnie faszystowskie. Przez ludzi szerzących homofobię, antysemityzm, antynaukowość, teorie spiskowe i całą resztę tego umysłowego i emocjonalnego wykwitu.
Możliwe jednak, że pan faszysta B. wcale nie zbijał krzyża. Nie zamierzał go w Berlinie zostawić, postawić czy też porzucić. Formuła happeningu, czy też dla odmiany bezmyślnego chuligańskiego aktu, nie wymaga przecież jednoznacznych, racjonalnych odpowiedzi.
Z dużą dozą prawdopodobieństwa zakładać można jednak, że pan B. nie miał stosownych uprawnień do uczynienia z dwóch desek tego pełnokrwistego ze wszech miar symbolu. Skoro zbić takie coś może każdy jeden, w jakiejkolwiek intencji, to swoją świętą rację niosły również hitlerowskie sprzączki pasów żołnierskich.
Wszystko fajnie, lecz co na to odpowiedziałby przysłowiowy sam Pan Bóg?



Komentarze
Pokaż komentarze (44)