...Na początku była ziemia spalona...
W czasach gdy PiS odtrąbiał rzekomo swój wielki sukces w walce z oszustwami VAT, w Ministerstwie Finansów niezależne media odkryły regularną VAT-towską szajkę, złożoną z wysokich urzędników administracji rządowej. W 2018 rządził PiS, więc zupełnie naturalną rzeczą jest, że sam jej nie mógł odkryć. Jeszcze ciekawsza jest jednak data rozpoczęcia przestępczej działalności przez pisowskich urzędników. Był to listopad 2015 r.
W listopadzie 2015 roku PiS rozpoczął swoje rządy. I jak dla mnie, to ta koincydencja jest wystarczającym wytłumaczeniem poźniejszego propagandowego wzmożenia PiS w sprawie swoich "sukcesów vatowskich". Do tych "sukcesów" zresztą za chwilę wrócimy. W zdecydowanie innym świetle.
Zanim więc PiS zdążył odtrąbić swojego pierwszego wielkiego vatowskiego sukcesu, już miał VAT-owską szajkę we własnym resorcie.
Wiele wskazuje, że dzisiaj ta karuzela zrobiła pełen obrót. Ci co na nią wsiadali, właśnie wysiadają.
Można już bowiem postawić znacznie bardziej niewygodne pytanie: czy Zondacrypto nie powstała częściowo z pieniędzy pochodzących z oszustw VAT? Z medialnych doniesień wyłania się obraz, że zaginiony pierwszy właściciel nie był prawdopodobnie ani jedynym właścicielem, ani też najważniejszym. Dawał oczywiście swoją twarz i nienotowaną kartotekę.
Co najmniej od 2015 r. prokuratury miały na biurkach sprawy dotyczące ludzi, którzy według dzisiejszych ustaleń należeli do finansowego zaplecza poprzednika Zondacrypto. Chodziło o wyłudzenia VAT. Osoby uznawane dzisiaj za głównych inwestorów poprzednika Zondycrypto na celowniku organów ścigania były więc od samego początku rządów PiS. BitBay oficjalnie rozpoczął działalność w 2014 r. Później jest ta dźwiękoszczelna piwnica w Ministerstwie Finansów, której PiS - oczywista oczywistość - nie odkrywa, przykrywając szybko naciąganym trąbieniem o swoich "sukcesach". A na podwójnym tronie szeryfa zasiada Zbigniew Ziobro. Z gnatem zatkniętym nad tyłkiem. W listopadzie 2015 na fotelu ministra sprawiedliwości, a w marcu 2016 Prokuratora Generalnego.
Przyjrzyjmy się więc temu vatowskiemu triumfowi PiS w kontekście Zondacrypto. Nie zapominając, że pisowscy ministerialni urzędnicy byli już jak najbardziej na kursie i na ścieżce.
I tu jednak ogromna niespodzianka. Bo brak w mediach czy w internecie jakiejkolwiek wzmianki, by którykolwiek z dzisiaj podejrzewanych o wyłożenie pieniędzy na poprzednika Zondycrypto został skazany za VAT. Osiem lat trzymania gnata za paskiem na marne? Tak samo łączą nam się wszystkie kropki?
Mateusz Morawiecki, wtedy naczelny żonglujący tym "vatowskim sukcesem" PiS, zupełnie nie wzywany do tablicy lansuje się od niedawna, jako ten, który wielokrotnie ostrzegał PiS - a zwłaszcza prezesa - przed Zondacrypto. Wiedzieli więc wcześniej, niż zakończyli swoje nie wiadomo od kiedy trwające europejskie tournée - od Budapesztu, Bergamo i Ibizy, po Monako.
Wiedział będzie zapewne pewien emerytowany agent CBA, zaufany współpracownik min. Kamińskiego, który dobrowolnie pojawia się w prokuraturze i nadspodziewanie chętnie udziela ostatnio wywiadów. Używając zmiennej narracji, ale agenci są przecież do tego szkoleni. Dlatego opinii publicznej wystarczy, że jest w sprawie, i że powieka mu nie drży, jak osobistemu sekretarzowi prezesa Kaczyńskiemu. Temu, który wstrzymał swego czasu wydobycie węgla w kopalni, by zjechać tam ze swoją panią narzeczoną, a dzisiaj nerwowego mrygania oczami nie potrafi nawet powstrzymać.
I potrzeba było dopiero odsunięcia PiS od władzy, żeby spod ziemi zacząć wyciągać na światło dzienne ten coraz mniej niewinny układ.
W żadnym razie nie szukałbym tropu pieniędzy płynących do Ziobry, Wiplera czy Sakiewicza w wetowaniu przez Nawrockiego, PiS i Konfederację prób uregulowania rynku kryptowalut. Zondacrypto chciała legalnie operować pieniędzmi, których nielegalne pochodzenie dziś bada prokuratura. Chciała legalnie wspierać swoich politycznych krypto-przyjaciół. Nie za darmo, oczywiście.
W pierwszej kolejności należałoby więc odpowiedzieć na kluczowe pytanie, w jaki sposób domniemani szefowie Zondacrypto przeszli suchą stopą ów ogromny pisowski vatowski triumf. I osiąść dokładnie w Monako.
P.S. Do zebrania tych faktów i dat zainspirował mnie tutejszy bloger, który bez mrugnięcia okiem potrafi całkiem poważnie pisać, że pisowscy politycy o niczym jakoby nie wiedzieli. I dlatego nic mu do niczego w tej jego układance nie pasuje. Mam nadzieję, że kiedyś mu to zwyczajnie minie.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)