...Niech lepiej moi adwersarze polityczni z wewnątrz PiS nie kłamią, ponieważ ja mam świadków i dowody, i zacznę też mówić, gdzie, w których decyzjach kto uczestniczył...
Szantażowanie przez Mateusza Morawieckiego Kaczyńskiego to niewątpliwie ciekawy spektakl, ale senator Libicki myli się, sądząc, że wyniknie z tego coś szczególnego. I właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej fascynujące: mafijne mechanizmy zarządzania państwem szantażują po równo zarówno ich operatorów, jak i tych, którzy nimi kierowali. Ich ujawnienie paraliżuje tak samo Kaczyńskiego, jak Morawieckiego.
Morawiecki miał bez wątpienia więcej swobody niż Beata Szydło czy Kazimierz Marcinkiewicz i zapewne więcej, niż miałby premier z tabletu. Nie miał jej jednak nieograniczonej. Zarazem to on przecież podpisywał i firmował sposób, w jaki PiS zawiadywał państwem.
W praktyce oznacza to, że Kaczyński niejako już z góry zwalił odpowiedzialność na Morawieckiego. Ten zaś, przyjmując funkcję premiera, grzecznie się na to zgodził. Czym więc tak naprawdę były premier straszy dziś prezesa?
Wyłącznie możliwością powiedzenia prawdy.
Zdumiewający tupet? „Jak będziesz fikał, to powiem prawdę. A jak będziesz grzeczny, to dalej będę dla ciebie kłamał”?
Nie. To nie jest zdumiewający tupet. To raczej szczery odwet skrzywdzonego chłopczyka.
Dzieci do pewnego wieku kłamią i psychologowie dziecięcy uznają to za zjawisko całkowicie normalne. Trzeba tylko jako rodzic mieć tego świadomość, a zarazem posiadać umiejętność i wolę, żeby dziecko z tej alternatywnej rzeczywistości wyprowadzić.
Morawiecki ma oczywiście prawo mówić prawdę. Niestety, nie widać, by miał taką wolę.
Skąd to wiadomo? Z jego własnych słów. Powie prawdę dopiero wtedy, gdy prezes zacznie mówić prawdę o nim.
Skrzywdzony chłopczyk nie chce więc powiedzieć prawdy. Chce tylko, żeby drugi nie powiedział jej pierwszy.
Ale najciekawsze jest co innego. Obaj przyznają, że prawda im nie sprzyja. Obaj mają ręce ubrudzone po łokcie.


Komentarze
Pokaż komentarze (30)