Afera Sakiewki? A może, tak jak w przypadku afery Rywina, po prostu po nazwisku. Formalnie, bez zbędnych publicystycznych ozdobników tudzież kryptonimów.
Z tego, co już się wyłoniło, wynika, że przy aferze Zondacrypto afera Rywina wygląda jak świeczka przy pożarze lasu. Są ludzie półświatka, brudne pieniądze, prominentni politycy, medialni baronowie, obywatele oskubani na miliony, zaskakujące umorzenia, parzące obdarowywanych darowizny, tajemne schadzki, zaginięcia ludzi, handel dostępem do władzy, obietnice politycznej protekcji - i Bóg jeden raczy wiedzieć, co jeszcze.
Z Zondacrypto wysypuje się naraz kilka, jeśli nie kilkanaście wątków, a wciąż rozwojowa afera Sakiewki jest tylko jednym z elementów tej układanki. Prokuratury prowadzą już kilka odrębnych postępowań, które historia Zondacrypto zdaje się ostatecznie splatać.
Lew Rywin za samą próbę płatnej protekcji - zdemaskowaną i niezrealizowaną - dostał wyrok i pokornie go odsiedział. Tutaj, jak wynika z informacji prokuratury, w ruch miały pójść niemałe pieniądze. Prokuratura informuje o nagraniach, dokumentach i fakturach. Nie ma co przesądzać o winie, ale nie sposób nie odnosić się do informacji ujawnianych przez organy państwa. Tym bardziej że reakcją tych, którzy z kolejnych zeznań wypadają jak śliwki z koszyka, jest jak dotąd wyłącznie zaparcie i arogancja - zarówno wobec własnego państwa, jak i opinii publicznej, dzięki której przecież zarabiają pieniądze.
Nie sposób na koniec nie przystanąć nad wymową przydomków nadawanych przez wspólników od zakulisowych interesów tym patriotycznym wręcz ikonom prawej i sprawiedliwej sceny politycznej. Co nam mówi o człowieku „Sakiewka”? A co - na przykład - „Pani Sernik”? I co ta powtarzalność mówi o środowisku?


Komentarze
Pokaż komentarze (8)