I by tytuł należycie boleśnie wybrzmiał, wspomnę, iż w ugaszczaniu pisowskiego gastarbajtera na stare durne lata szukającego w miejscu dorastania politycznych podniet, też mam swój cząstkowy udział. Tępiłem ile wlezie. Bo cwaniury polityczne, jako grupa najwyższego ryzyka wymagają ciągłego i dogłębnego zaopiekowania się. Nie powinny wcześniejsze profesje czy wyświechtane deklaracje miglanców przysłonić ich nowego hobby – bycia na widelcu. Jeden fałszywy ruch gościu i powinieneś zostać zjedzony. A że w grupie najwyższego ryzyka nietrudno wyłapać klasycznych pieczeniarzy, ten tytułowy, co mu tak Polska uwiera, spróbowany zostanie. I elegancko z między zębów wydłubany. Słowem, dla wszystkich dyskomfort.
Jako społeczeństwo w większości składamy się z wytrwale pracujących ludzi, i niejednemu z nas bardzo uśmiechałoby się politykierskie zwekslowanie naszego wcześniejszego trudu. Teraz K... My... No ale co kto lubi, i chodzi o różnego autoramentu rozlegujące się w takim aspirującym komforty. I w związku z tym oczywiście i dyskomforty. Teraz K... Ty. Biniendo Wiesławie.
W naprędce wyrychtowanej w Wikipedii politlstronce (rok po katastrofie jeszcze puściutko – pod hasłem Binienda absolutne nic) Wiesława Biniendy nie ma nawet wzmianki o jego dotychczasowym interesowaniu się krajem ojczystym. Ojczyzna przez debiutującego polskiego polityka traktowana była nawet nie po macoszemu. Jej w polu widzenia pisowskiego polityka zwyczajnie nie uświadczymy. Jego życiorys, jeśli chodzi o tzw. patriotyzm, to 30 letnia dziura. Zarabiać w dolarach zaczął jeszcze przed stanem wojennym jako 26 letni młodzieniec. Patriotyzm mu się włączył dopiero, gdy spółka Srebrna Media szczodrze i komfortowo wywianowała go, wydając za Antoniego Macierewicza.
Jak włączył? Klubowo. Jeździ po zagranicznych ekspozyturach Klubu Gazety Polskiej i wykłada:
„...jeżdżę z tymi wykładami na temat katastrofy smoleńskiej po całym świecie i wszędzie jestem przyjmowany z szacunkiem, wszędzie tylko nie w Polsce...”
Wejdę profesorowi w słowo – profesorze, a prokuratura? Zapraszała, zaprasza i zapraszać pewnie nie raz jeszcze będzie... O naukowcach czekających na legendarne już dane wejściowe profesora czy o ekspertach lotniczych gotowych przybliżyć jak lata samolot nawet nie ma co gadać – professore przecież startuje w zupełnie innej dyscyplinie.
„...jest jakaś taka atmosfera jest tutaj tworzona przez liderów tego kraju, którzy mówią na nas, że jesteśmy jakimiś profesorami z trzeciorzędnych uczelni...”
A o politycznych hochsztaplerach też mówią? O łgarzach ssących pisowskie paluszki?
„...Słyszymy, że jesteśmy egzotyczni i antypaństwowi, jesteśmy przedstawiani negatywnie i to ośmiela ludzi to działań, które niejednokrotnie mogą grozić naszemu zdrowiu czy bezpieczeństwu...”
Ano mówią... I co, dociera?
„...Chciałbym pójść w Warszawie na Starówkę, napić się herbaty czy piwa. Przyjechać tu po prostu na wakacje, odwiedzić Kraków, albo inne miasta. Niestety, nie mam takich możliwości, ponieważ w tym kraju moje zdrowie i moje bezpieczeństwo są zagrożone...”
Ja natomiast chciałbym, żeby Pan został w tej swojej pierwszorzędnie wymodelowanej Wikipedii. Dosyć Pan napsuł Polakom zdrowia i dosyć już nakolaborował z niebezpiecznymi dla Polski osobnikami. Nerwowa czkawka przy piwku na Starówce to może i jest jakiś dyskomfort, ale trzeba było zacząć od przyjechania na wakacje, a nie na pisowskie zapotrzebowanie. Przyjmij Profesorre Prawdę na klatę, nie wszyscy w Polsce czują się komfortowo w obcowaniu z Pierdołami.



Komentarze
Pokaż komentarze (30)