Wg zawodowych obrońców katolicyzmu, w pytaniu o zawartość rozporka nie ma niczego nagannego. Zwykłe pytanie, powodowane wyłącznie życzliwą ciekawością. Szanowne chrześcijaństwo bowiem z zasady jest życzliwe, a cudzymi szczegółami anatomicznymi interesuje się nie tyle z powodu praktykowania dewianctwa, ale obowiązku. Pokazanie kłów podczas zaganiania do stada, to w pasterstwie warunek tak samo arcyważny, jak pilnowanie czy aby w stadzie nie znalazł się wilk w owczej skórze. Powiedzmy, że to takie gospodarskie przechadzanie się ze strzelbą, czy aby jaki rabuś nie kradnie nam czegoś.
Okej. KK posiada w swojej kolekcji tyle najcięższych grzechów, że jedna chamska odzywka jego funkcjonariusza więcej, tak samo jak inaczej wyrafinowana przebiegłość, gdy w kontekście ludobójstwa tłumaczy on uczestniczących w nim kolegów po fachu pilnowaniem swojej wypasionej fury i telewizora za pomocą karabinu, nie robi na nas szczególnego wrażenia.
Wrażenie na nas, czyli osobnikach bezsprzecznie pośledniejszego sortu niż katolik, robi chrześcijańska łatwość stawania za silniejszym. Z grubsza chodzi o to, że ks. Lemański w świadomości współczesnych katolickich inkwizytorów już jest Tutsi. Śmierć cywilna z ukamienowaniem i wyskrobaniem z łona KK w jednym.
W Rwandzie, gdzie Hoser przez kilkanaście lat 'nauczał' (z urlopem zbiegającym się z okresem pamiętnego niewyobrażalnego ludobójstwa) mogliby powiedzieć; jenoside na Lemańskim. W Polsce, tutejsze plemię od Hosera i Bashobory właśnie coś takiego czyni. Po katolickim pytaniu jest i chrześcijańska cezura.
Weryfikacyjne pytanie rozporkowego arcybiskupa mieni się nam więc zaledwie jedną ze składowych przynależnych katolickiej aktywności. W aktywności, jako pojęciu, nie ma niczego nagannego. W Kościele, jako idei niby też. Problem natomiast powstaje zawsze, gdy te dwa składniki się łączą. Katolickie stosy nigdy nie gasną.



Komentarze
Pokaż komentarze (34)