Właściwie to nie wiem po co to piszę. Może po to, by tylko wyrzucić z siebie, a może, by wsadzając kij w mrowisko obserwować to doskonale znane pobudzenie, oszukujące ciekawość dochodzenia do prawdy i udowadniające natrętnie swoją kurewską doniosłość. Tłumaczę sobie, że to nie moje myśli i słowa, ale nie mogę wiedzieć, czy Ty Czytelniku nie chciałbyś by właśnie moje były. Ty zapewne wiesz.
Przyrzekam Ci więc, że na własne uszy słyszałem rozmowę dwóch prominentnych opozycyjnych polityków, podczas której z wyraźnym rozbawieniem, już dwa dni po katastrofie tupolewa dyskutowali o sposobach zrzucenia odpowiedzialności za wypadek na swoich konkurentów politycznych. Też Polaków.
Byłem, miły Czytelniku, świadkiem słów haniebnych i podłych. Słów, których dotąd nie przytaczałem głównie z powodu obrzydzenia i gniewu jakie we mnie wówczas wzbudzały. Dzisiaj wcale nie jest inaczej, odrazę wywołują za każdym razem, gdy przypominają mi się ich obleśnie rechoczące gęby bezpośrednio po żałosnej enuncjacji jednego z nich: ...no coś Ty, raczej powinniśmy Bogu dziękować, że spadł. Zwłaszcza, że jako poległy prezydent będzie nie do ruszenia za swoją nieciekawą przeszłość, to najlepszy dar jaki mogliśmy otrzymać, teraz tylko trzeba to umiejętnie rozegrać. Uderzamy w żałobny ton, a jednocześnie hop tuskom na plecy, alleluja i... he he he...
Nie wywlekałem tych słów i z innego powodu. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że zawodowy cynizm tych politycznych macherów nawet nie zakłada przyznania się do podobnych słów. Wiem, że przed każdym sądem się wyprą. Codziennie przecież widzę jak wypierają się nie tylko już siebie, ale jak łatwo wyrzekają się tego ponoć swojego Boga. Ale wiem też, że sens podzielenia się z Tobą plugawymi słowami innych znasz lepiej ode mnie – bo Ty nie myślisz jak ci dwaj podsłuchani. Dlatego napisałem.



Komentarze
Pokaż komentarze (54)