Pisowską grę Smoleńskiem z grubsza można podzielić na to, czego PiS nie chce wiedzieć – oraz na to, czego PiS nie chce powiedzieć.
I to właściwie kompletna synteza smoleńskiej polityki. Bo to co PiS o katastrofie już mówi – zamachy, trotyle, sztuczne mgły itd. itp. to już czysta fantastyka. Czyli zaledwie odpowiednio krzykliwy wspomagacz smoleńskiej polityki. Zasłona dymna, skrywająca pisowski obstrukcjonizm w słyszeniu prawdy o zderzeniu samolotu z drzewem. Nie jest więc pisowski Zespół Parlamentarny dla nikogo partnerem w sprawie katastrofy, bo w ogóle nie zamierza nim być.
Nieprzypadkowo dowcipnisie pokroju Z. Białasa, FYMa, Biniendy z działu rozrywkowego, jak też ich polityczny przełożony, operują absurdem i fantazją, alergicznie przy tym reagując na fakty czy propozycje rozmów o faktach. Jakiekolwiek dywagacje, czy obstrukcjoniści przypadkiem odważą się z otwartą przyłbicą bronić swoich fantasmagorii spokojnie można sobie darować. Tym bardziej nie odważą się podważyć oficjalnych raportów i wyników – kaznodziejskich popisów Macierewicza na tym polu na poważnie bowiem nikt nie bierze. Inicjatywę prof. Kleibera z PANu, jak i każdą inną, potraktują więc zamachiści również z bezpiecznej perspektywy.
W szukaniu odpowiedzi dlaczego PiS zarówno pewnych kwestii o katastrofie nie chce się dowiedzieć, jak i pozbawiony tej wiedzy atakuje politycznych przeciwników, najbardziej pomóc mógłby oczywiście sam PiS, ale niestety, partia Kaczyńskiego w narzuconej przez siebie zabawie pt: polityka smoleńska, nie chcąc do końca stracić gruntu pod nogami na temat swojej roli w katastrofie ze zrozumiałych względów milczeć musi.
Dlatego tak ważne będzie zrozumienie, dlaczego PiS zachowywał się tuż po katastrofie jakby miał coś do ukrycia, czegoś się obawiał – to ważne głównie dlatego, że była to uczestników wyjazdowej kampanii wyborczej naturalna reakcja, nie wymyślona w gabinetach politycznych. A więc PiS złapany w chwili szczerości:
I jest to ten jedyny raz, kiedy pan Macierewicz w sprawie Smoleńska jak najęty nie zmyśla, bo jak zaklęty milczy. Wprost zdumiewające, że nawet nie pomyślał, żeby być chociażby świadkiem, patrzeć niegodnym jakiegokolwiek zaufania Ruskim na ręce. Ale widać bezgranicznie ufał.
Ciekawe jest też to, że dotarcie przez media do miejsca spożywania kotletów przez rejterujących z miejsca katastrofy polityków PiS powinno być banalnie proste, tymczasem temat trzymany jest jakby na specjalną okazję. A szkoda, bo tutaj z kolei były szef służb specjalnych całkowicie zaufał sowieckim restauratorom...




Komentarze
Pokaż komentarze (19)