W zasadzie już posprzątane. Wyborcza wzorem Gmyza poinformowała opinię publiczną o ginekologicznych odniesieniach wprost z szopy, Wywczas notkę już napisał, Ruchla niby od niechcenia, acz zdrowo, poprawiła. Macierewicz jak zawsze odszczekuje się, że zaraz poleci do prokuratury, zaś prof. Binienda pod jakimś nickiem, w związku z ujawnieniem jego prośby o załatwienie mu parametrów, gdzieś w necie broni swojego honoru. Liczy może, że Polacy mentalnie przypominają jego samego sprzed lat, gdy na sam tylko dźwięk słowa Ameryka w intencji zdobycia wizy starannie się modlił, że rozdziawią gębę i łykną największą bzdurę tylko dlatego, że nie dość że amerykański, to jeszcze profesor.
Ale naprawdę nie wiadomo na co liczył prof. Wiesław Binienda, gdy wczoraj, zupełnie nieoczekiwanie zaprezentował w prokuraturze wszystkie swoje atuty. Prezentacja ta, biorąc pod uwagę gruntowność wniesionego przez świadka materiału dowodowego, była przypuszczalnie jego ostatnią. Prawdopodobnie Wiesław Binienda całkowicie zaspokoił już ciekawość prokuratury. Jedyne czym się z prokuraturą nie podzielił, to dane które wykorzystał do swoich badań. Jeszcze w czerwcu twierdził, że są to dane z oficjalnych raportów MAKu i Millera – tym razem zeznał, że są one własnością uniwersytetu Akron. Zapewne dostatecznie prokuraturę przekonał, że mówiąc o danych ma na myśli raczej luźną ideę niż namacalny towar.
Jakkolwiek jednak 'naukowe' pierdoły od Macierewicza od samego początku wzbudzają coraz to nowe salwy śmiechu, to pozostawiają jednak i dużą dawkę niesmaku. Potwierdziło się bowiem, czym wykształceni, z ugruntowaną pozycją zawodową ale żądni poklasku naukowcy zajmują się w wolnych od pracy chwilach. A zajmują się robieniem z tragedii, w której zginęła blisko setka ludzi, ohydnej politycznej szopki.



Komentarze
Pokaż komentarze (14)