Newsa, że pani Maria Kiszczak dłoń do kompletnie niewiarygodnych prześladowców jej męża wyciągnęła w celu finansowego zysku, od razu można włożyć między bajki. IPNowi pod rządami PiS ostatni naiwny by nie zaufał, zresztą chytrus sam to w newsie potwierdził, błyskawicznie udając się po dokumenty za darmo. Tymczasem chociażby mediów, które bardziej od IPNu gwarantowałyby umówioną zapłatę, nie brakuje.
Wdowa po generale Kiszczaku została więc albo zwyczajnie zaskoczona wizytą, a farmazonienie o interesowności jest prostacką próbą jej zdyskredytowania – albo pozbyła się dokumentów sama, opatrując to dowolnym pretekstem. Zwabiła myśliwych i oczywiste jest, że propozycją jakiegoś dealu. Sama też miała jakiś interes i zakładać ostrożnie nie zawadzi, że jednak odmienny niż wieloletni siepacze jej męża.
Jeśli tak, to można przyjąć, że powinna była dobrze się zabezpieczyć. Złożyć kilka kopii u notariuszy nie jest dzisiaj żadnym problemem. Ciężko w ogóle uwierzyć, by wcześniej nie zabezpieczył się w ten sposób generał Kiszczak.
I teraz najważniejsze. Gdyby generał Kiszczak naprawdę nie chciał, by owe dokumenty kiedykolwiek ujrzały światło dzienne, już dawno by je zniszczył. Zatem, tak jak nie ulega wątpliwości, że IPN i PiS teraz zechciało je mieć, tak państwo Kiszczakowie mogli chcieć jeszcze bardziej, by je otrzymali.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)