Jakie wypowiedzi Jezusa zrobiły na mnie największe wrażenie?
Kiedy mówił o dniu Sądu Ostatecznego i opisywał, kim będą ci, którym uda się przejść przez wąską bramę, dlaczego przepuści jednych, a innych nie: „Albowiem łaknąłem, a daliście mi jeść, pragnąłem, a daliście mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście mnie. Byłem nagi, a przyodzialiście mnie, byłem chory, a odwiedzaliście mnie, byłem w więzieniu, a przychodziliście do mnie” – są to dla mnie najpiękniejsze słowa ze wszystkich kazań Jezusa. Gdy je czytam, po prostu rozpływam się w podziwie. I dalej: „Panie! Kiedy widzieliśmy cię łaknącym, a nakarmiliśmy cię, albo pragnącym, a daliśmy ci pić? A kiedy widzieliśmy Cię przychodniem i przyjęliśmy Cię albo nagim, a przyodzialiśmy Cię? I kiedy widzieliśmy Cię chorym albo w więzieniu, i przychodziliśmy do Ciebie? […] Zaprawdę powiadam wam, co uczyniliście jednemu z tych najmniejszych Moich braci, Mnie uczyniliście” (Mt 25,34–40). Dlaczego te słowa zrobiły na mnie tak wielkie wrażenie? Bo były piękne w swojej zwyczajności, w swojej prostocie.
Nie lubię wielkich słów
Gdy słyszę słowa o miłości do społeczeństwa, do ludzkości, do prawdy, to zawsze się wyłączam. Niezależnie od tego, z czyich ust padają. Dlaczego? To mówienie o niczym. Gdy słowo miłość jest mówione (czytane) przez osoby z wyrazem twarzy i z głosem bez odrobiny miłości, wówczas nic nie znaczy, jest martwe.
Bez miłości? Jakiej miłości?
Mam na myśli jedyną miłość, jaka może istnieć – do drugiego człowieka, tę, o której tak pięknie mówił Jezus i Jego najbardziej gorliwy uczeń – Paweł z Tarsu.
„Wielka miłość” do narodu, do społeczeństwa jest moim zdaniem wymysłem mającym usprawiedliwić zgoła nieracjonalne i pozbawione miłości zachowania, takie jak: udział w wojnie, zabijanie innych ludzi czy nawet poświęcenie szczęścia najbliższych. Niewiele osób ma odwagę nazwać tę wielką miłość po imieniu lub choćby wyrazić naturalną wątpliwość. No bo po co? Nie chcemy się narażać na ostracyzm. Poza tym tak ładnie brzmi i tak skutecznie usprawiedliwia wielkich, którzy mówią: W moim życiu liczy się tylko prawda. Poświęciłem szczęście osobiste dla dobra ogółu. Poświęciłem wszystko z miłości do ludzi i dla dobra ludzkości. Te słowa tak pięknie brzmią, że nie mamy odwagi głośno ich kwestionować, także wówczas, gdy nie wierzymy w ich szczerość.
„Poświęcający się” bohaterowie
Świat był pełen takich „poświęcających się” bohaterów. Pełno ich w podręcznikach historii – wielkich odkrywców, wielkich przywódców i wielkich myślicieli. I nowi pojawiają się coraz liczniej. Świat jest pełen bohaterów, którzy śpią spokojnie i czują się zwolnieni z obowiązku prawdziwego życia. Ta swego rodzaju hipokryzja jest coraz powszechniejsza wśród „najszlachetniejszego kwiatu” narodu lub społeczeństwa. Jest taka wygodna. I taka ładna. To nic, że jest ułudą: Jakie to ma znaczenie, jeżeli jestem podziwiany przez tyle osób? A ten człowiek nie jest inny, a tym bardziej nie jest lepszy. Uznają go za wielkiego, a jest zwykłym człowiekiem. Jest jak każdy: niewolnikiem potrzeby uznania i dobrego mniemania o sobie; na skutek tego, że stanął na samym szczycie, jest nawet bardziej zniewolony od innych. Liczy się to, że na pierwszy rzut oka i w oczach tak wielu ludzi zyskuje podziw i szacunek.
Jedyną miłością, jaka zasługuje na uznanie każdego człowieka – niezależnie czy jest stary i samotny, czy młody i bryluje w „swojej paczce”, czy jest tym, który poświęcił się dla dobra innych, czy zwykłym człowiekiem – jest miłość do człowieka. Oczywiście nie do „jakiegoś tam” drugiego człowieka – wirtualnego, istniejącego w wielkim i szlachetnym umyśle wielkich i szlachetnych ludzi. Miłość zwyczajna – szara i codzienna, miłość do każdego i w każdej chwili. Miłość do członków rodziny, ale też do napotkanej osoby, wyrażająca się w zwykłej ludzkiej życzliwości, w szacunku. Do każdego, bez względu na to, kim jest i co w tej chwili robi. Także do „bezdomnego pijaczyny”, który „miał czelność” zamieszkać w śmietniku na naszej ulicy.
Wielka sztuka
Taka miłość to wielka sztuka, a ten, kto ją posiądzie, to największy artysta. Okazywać miłość w życiu codziennym. Okazywać ją osobie, którą się zna na wskroś, także jej wady. Osobie, która zna mnie na wskroś – także moje najgorsze wady. Podziwiać i być podziwianym przez małżonka – znając jego (jej) prawdziwy obraz, gdy on (ona) zna nasze prawdziwe oblicze. Trudne? Niemożliwe? Prawie. Trzeba być naprawdę wielkim artystą.
To wielka sztuka dostrzec w bezdomnym alkoholiku człowieka takiego samego, jakim ja jestem, takiego samego, jakim jest człowiek powszechnie podziwiany na przykład za to, że się poświęcił dla dobra ludzkości. Dostrzec, że miał kiedyś straszliwego pecha. Pamiętać, że był małym chłopcem lub małą dziewczynką. Włączyć wyobraźnię i widzieć, jak z cudownego małego dziecka, które nie miało w życiu szczęścia (czyli najczęściej nie ze swojej winy) – krok po kroku stacza się i dochodzi do momentu, w którym widzimy go teraz. Do momentu, w którym nie ma w zasadzie szans na poprawę swojego losu, bo wszyscy przestali go już traktować jak człowieka. On sam nie czuje się już człowiekiem.
Najmniejszy z moich braci
To wielka sztuka zauważyć w takiej osobie kogoś podobnego do nas, powiedzieć „dzień dobry”, gdy mieszka w śmietniku na naszej ulicy, okazać chociażby życzliwość. Nie współczucie, bo to często graniczy z pogardą. To wielka sztuka być zdolnym do zrozumienia tego, że nasza życzliwość i odrobina szacunku dla bezdomnego są tysiąckroć więcej warte niż miłość do ludzkości czy umiłowanie prawdy i rozumu.
Wnikliwy obserwator, poszukujący miłości, może taką zwykłą miłość odnaleźć. Gdzie? W Nowym Testamencie – poznając życie i nauki Jezusa. Tam nie ma słowa o „wielkiej miłości”, chociaż „wielka miłość” we współczesnych największych religiach zajmuje pierwsze miejsce. Tam jest tylko zwykła miłość.
Stawać się krok po kroku wielkim artystą – to wielkie marzenie, cel, sens życia.
Inne tematy w dziale Społeczeństwo