Widzę, słyszę, myślę...
Mieszkam w Poznaniu. Jestem Polakiem.
143 obserwujących
628 notek
1430k odsłon
  843   7

Nakarmić nienażartą krowę!

Niemal codziennie  łapię się na tym, że googluję artykuły z poważnych źródeł tylko po to, żeby przekonać się, iż to wcale nie wygląda tak, jak opisały to media, że informację wynaturzono dla większej klikalności albo po prostu jakiś stażysta nie potrafi porządnie przeczytać i przetłumaczyć źródła, które przepisuje. Niemal codziennie łapię się na tym, że czytam dwa różne źródła relacjonujące te same wydarzenia i stwierdzam, że pewnie prawda leży gdzieś pośrodku albo że nigdy nie dowiem się, jak jest/było naprawdę. Niemal codziennie spotykam w artykułach tzw. profesjonalistów "wielbłądy" gramatyki, składni, stylu, że o ortografii z litości nie wspomnę. A najgorsze, że będąc z tego pokolenia, które wychowało się na braku zaufania do mediów, mam wpisane głęboko w świadomość przekonanie, że media kłamią. Najgorsze, bo jest to przekonanie prawdziwe i nic nie wskazuje na to, że będzie lepiej.


Przyglądając się działalności np. telewizji publicznej, ale i telewizji komercyjnych, które działają w Polsce i w innych krajach, widzę po prostu działalność ministerstwa prawdy Orwella. Widzę zamysł, żeby pozbawić nas krytycznego myślenia, myślenia w odniesieniu do wartości i zasad, które nie są tak zmienne jak rzeczywistość. Dziś uczciwego dziennikarza można szukać ze świecą, a ciśnięte nam nachalnie przed oczy "wzorce” są tak łajdackie, że nieprzyzwoicie jest nawet o nich wspominać. Większość naszego "dziennikarstwa” podzieliła się na dwa ideologiczne fronty i zawzięcie, bez dbania o podstawowe reguły zawodu, ostrzeliwuje się nawzajem. Trwa dziwaczna wojna światów, w której dochodzi do monstrualnego wyniszczenia wszystkiego wokół,  samych wojujących nie wyłączając. Dziennikarze poczuli, że po prostu wymaga się od nich tego, że mają być kreatorami wydarzeń politycznych. Często nie ukrywają zresztą takiej działalności i bezwstydnie naginają fakty lub tworzą fakty pozorne. A po nich choćby zgliszcza... Nieważne.


Media kompletnie zapomniały o misji wobec społeczeństwa. Funkcjonują jak jarmarczny biznes. Poza przemożną tendencją władz, aby je – zwłaszcza telewizję publiczną – kontrolować, obserwujemy dziś dyktat tzw. "salonu”, propagującego jedyną słuszną prawdę, kosztem zakłamań i zniekształcania obrazu rzeczywistości. Skutkuje to powstaniem sprzężonego układu polityki, biznesu i mediów, co dobitnie pokazała stara, ale bardzo wymowna afera Rywina. Pamiętacie? Przed "publisią" odsłoniła się kuchnia przygotowywania ustawy, która miała doprowadzić do tego, że kilka środowisk podzieli się absolutną władzą nad przekazem informacji. Napiętnowany zostaje Lew Rywin oraz powiązany z nim Leszek Miller. Przy okazji na jaw wychodzą zapędy środowiska Adama Michnika, który upatrzył dla siebie rolę niepodważalnego proroka i ma zamiar dyktować Polakom, co jest dobre, a co złe i jakie w naszym kraju mają panować reguły działania. Sprawa jest rozbierana na czynniki pierwsze. Nie ma właściwie oficjela ani celebryty, który nie czułby się w obowiązku wypowiedzieć swojego zdania na ten temat. W niesławie bledną gwiazdy Włodzimierza Czarzastego, Roberta Kwiatkowskiego i Aleksandry Jakubowskiej, dostaje się też boleśnie idolom z "Gazety Wyborczej”. Po aferze wielu twierdzi, że nastąpił koniec mglistych porozumień okrągłostołowych i czekają nas ( Rzeczpospolitą) świetlane czasy politycznej transparentności. Mija nieco czasu i dziś Leszek Miller jest europarlamentarzystą, Włodzimierz Czarzasty – wicemarszałkiem Sejmu, Robert Kwiatkowski –posłem, a Aleksandra Jakubowska stała się wziętą publicystką obozu "dobrej zmiany”. Nie wiem tylko, czy bardziej to śmieszne, czy tragiczne.


Czytałem gdzieś wspomnienia znanego w Polsce Bernarda Margueritte. Przytacza on wiele mówiącą anegdotę: " Pewnego dnia – byłem po zaledwie kilku tygodniach pracy w redakcji – zawołał mnie do siebie naczelny, czego nigdy nie robił. Chciał mi udzielić lekcji. Byłem wtedy świeżo po studiach, pracowałem w największej francuskiej gazecie i czułem się wielkim. Przygotowałem właśnie artykuł o Polsce. Pisałem w nim, że wydaje mi się, iż nasi polscy przyjaciele popełniają taki a taki błąd, że moim zdaniem powinni zrobić to i to, że sądzę, iż nie dostrzegają tego i tego… Kiedy wchodziłem do redakcji, Beuve-Méry z daleka machnął do mnie kawałkiem papieru, pytając: co to jest, proszę Pana? Zbliżyłem się, nieco stremowany, i musiałem przyznać, że to mój artykuł. Wówczas usłyszałem: No właśnie! Co za język! „Twierdzę”, „sądzę”, „myślę”, „moim zdaniem”… Musi Pan zrozumieć, że naszych czytelników nie interesuje, co myśli pan Margueritte. To nie jest dziennikarstwo. (Dodał jednak, że może za trzydzieści lat, jeżeli zyskam zaufanie odbiorców, zostanę przez kogoś poproszony o własne opinie)."

Lubię to! Skomentuj19 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura