Widzę, słyszę, myślę...
Mieszkam w Poznaniu. Jestem Polakiem.
151 obserwujących
671 notek
1528k odsłon
  3362   17

Zakręcili gaz, nie zapukał nikt na czas...

Jak wszyscy doskonale wiemy, w środę 27 kwietnia Gazprom wstrzymał dostawy gazu do Bułgarii i Polski po tym, jak Bulgargaz (Bułgaria) i PGNiG (Polska) nie przesłały rosyjskiej firmie płatności za kwietniowe dostawy. Zgodnie z dekretem podpisanym przez Prezydenta Federacji Rosyjskiej płatności za gaz dostarczany od 1 kwietnia należy dokonywać na konta otwarte w rublach. Kontrahenci zostali poinformowani o tej zmianie w odpowiednim czasie. Gazprom Export poinformował Bulgargaz i PGNiG o wstrzymaniu dostaw gazu, ale mogą one zostać wznowione, jeśli kraje zaakceptują nowe rosyjskie wymagania. W przypadku nieuprawnionego wycofania rosyjskiego gazu do krajów trzecich (gazociągami Jamał i Turkish Stream) dostawy tranzytowe zostaną odpowiednio zmniejszone, zaznaczył Gazprom.


W tragicznej sytuacji znalazła się Bułgaria. Bułgarscy eksperci uważają, że sytuacja Bułgarii jest dużo gorsza niż przypadek Polski, ponieważ zależność Bułgarii od rosyjskiego gazu ziemnego sięga 90 procent, przy około 40 procent dla Polski.  - "Nie jesteśmy gotowi na ten krok”, powiedział Plamen Pavlov, prezes Bułgarskiego Stowarzyszenia Gazowniczego. Najbardziej ucierpią przedsiębiorstwa przemysłowe: huty szkła, producenci nawozów oraz rafineria ropy naftowej Neftokhim. Według Pawłowa powyższe firmy przestaną być "konkurencyjne".


Ale zostawmy bułgarskie kłopoty. Polskie magazyny gazu są obecnie zapełnione w 75%. Te rezerwy wystarczą do jesieni. Polacy mają wtedy nadzieję, że gazociąg bałtycki zapewni dostawy norweskiego gazu. Polska spodziewa się również, że w maju rozpoczną się dostawy gazu gazociągiem łączącym Polskę i Litwę (gazociąg odbiera gaz z pływającego terminalu LNG).Ponadto Polska już teraz kupuje gaz ziemny z Niemiec w przeciwnym kierunku przez gazociąg jamalski – jest to gaz rosyjski, który przepływa przez Nord Stream 1, który pracuje ze 100% przepustowością. Trochę to śmieszne, bo rezygnacja z "ruskiego" gazu, oznacza, że ten sam "ruski" gaz kupujemy od Niemiec... tylko, że drożej. Interes stulecia...


Innymi słowy pozornie jest nieźle. Pozornie, bo wypełnienie w 75 proc. oznacza 2,459 miliarda metrów sześciennych gazu. Nasze zapasy, którymi tak chwali się rząd i które tak radują popierających upiłowanie rosyjskiej rury – równają się zatem 11 procentom naszej rocznej konsumpcji. JEDENASTU PROCENTOM. To średnio zapas na jakieś PÓŁTORA MIESIĄCA. Gdybyśmy zatem mieli funkcjonować tylko na rezerwach (a nie np. kupując rosyjski gaz od Niemiec) – to biorąc pod uwagę porę roku może przy dużych oszczędnościach wytrzymalibyśmy nie półtora miesiąca, ale nawet dwa. Albo i dwa i pół. ALE NIE DŁUŻEJ.


Czyli sytuacja staje się zero - jedynkowa: gaz musimy kupować. Teraz pytanie skąd? Na razie są Niemcy, ale jeżeli oni zdecydują się również na rezygnację z rosyjskiego gazu , czyli odmówią Gazpromowi zapłaty w  rublach, to czeka nas bardzo czarny scenariusz. Bowiem wyliczenia, czym zastąpimy rosyjski gaz opierają się na fantazjach lub wprost manipulacjach. Po pierwsze, mówimy o niedokończonych inwestycjach – przede wszystkim Baltic Pipe, który wprawdzie może i będzie otwarty we wrześniu, ale pełne zdolności przesyłowe uzyska najwcześniej w 2023 r. Pomińmy tutaj milczeniem ograniczone zasoby i możliwości produkcyjne Norwegii. Po drugie premier Morawiecki w Sejmie wprost okłamał posłów podając jako obecną i bieżącą pojemność terminala LNG w Świnoujściu, która uzyskana zostanie (jak dobrze pójdzie) najwcześniej za rok. Ale najbardziej bezczelne jest pod tym względem uspokajanie polskich konsumentów imponującą pojemnością Floating Storage Regasification Unit (czyli pływającego terminalu gazowego) w Gdańsku. Ma on przyjmować 6 mld metrów sześciennych LNG – od roku 2028. TO ZA SZEŚĆ LAT. To co, jakoś wytrzymamy pod kocykami i na butlach gazowych? A nie, butli też nie będzie…


No dobrze, załóżmy, że nie jest tak źle i jak to mówią rządowi urzędnicy - "damy radę". Tylko wymieniając te teoretyczne liczby i pojemności, zachowujemy się tak, jakbyśmy tyle LNG mieli już tam zakontraktowane lub wręcz wprowadzane do sieci. Pomijany jest mały drobiazg – przecież ktoś nam musi to LNG sprzedać, a nas musi być na niego stać. Gdzie zatem kupić gaz? W grę wchodzą następujący dostawcy: Norwegia ( o tym wyżej), USA, Azerbejdżan, Algieria, Katar, Nigeria, Libia, oraz teoretycznie Holandia z zastrzeżeniem, że wstrzymanie się z planowanym na 2022/23 zamknięciem holenderskiego pola Groningen nie jest możliwe bez znacznego zwiększenia nakładów i czasu, którego nie ma. Nie ma możliwości wzrostu importu z Algierii i Libii, wobec trudności z zaspokojeniem tamtejszego rosnącego wewnętrznego popytu. Również ograniczone pojemności przesyłu gazu między Hiszpanią a Francją nie byłyby w stanie przekazywać zwiększonych pojemności z Północnej Afryki. Katar? Katar ma w głębokim poważaniu całą UE, ma też ograniczone możliwości transportowe. Podobnie Azerbejdżan, którego złoża nie są tak duże jak się spodziewano. Nigerię, dla której trzeba by wybudować całą infrastrukturę i która najwyżej stanowi pieśń przyszłości, można pominąć. Pozostaje USA. Tylko, że Amerykanie nie dysponują wystarczającą ilością "gazostatków" a Europa nie ma sieci gazoportów. Zresztą w przypadku przestawienia się Europy na gaz amerykański, wypada zapytać, gdzie w kolejce po ten gaz będzie Polska?  I jeszcze jedno zastrzeżenie: amerykańskiego i katarskiego (ewentualnie) LNG starczy na zastąpienie ok 70 proc. dotychczasowego ogólnoeuropejskiego popytu na gaz z Rosji. SIEDEMDZIESIĘCIU PROCENT.


Prawda jest taka, że nie jesteśmy przygotowani na odejście od rosyjskiego gazu. Zostaliśmy wpędzeni w energetyczną pułapkę. Ani Waszyngton, ani Bruksela nie pozwolą nam już wrócić do węgla, zresztą rząd Morawieckiego sam poczynił już daleko idące kroki na rzecz zastąpienia go… gazem ziemnym. Tak, tym, którego właśnie może nam zabraknąć. Węgry wprost oświadczały, że na takie szaleństwo jak moralne uniesienia i bojkotowanie rosyjskiego gazu sobie nie pozwolą, bo liczy się bezpieczeństwo państwa i obywateli. No, ale Węgry to ci "źli", "ruskie onuce" popierające reżim Putina. A my, szlachetnie, w "solidarności z Ukrainą" fundujemy sobie perspektywę odmrożenia uszu i płacenia horrendalnych cen za strategiczne dla państwa dobro.  Putin winny?  Nie, winni tu jesteśmy tylko my sami, zostawiając jedną z najważniejszych i dla polskiej racji stanu, i dla codziennego życia Polaków kwestię w rękach nieodpowiedzialnych polityków,  którzy dla PR-owych haseł i sloganów poświęcają interesy Polski, do ochrony których są konstytucyjnie zobowiązani.


Lubię to! Skomentuj210 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka