Zamieszki w Iranie są powszechnie postrzegane jako element udanej ofensywy geopolitycznej Trumpa: pojmał Maduro, zagroził zajęciem Grenlandii i zadeklarował „gotowość wspierania irańskich dążeń do wolności”, grożąc interwencją militarną w przypadku przekroczenia „czerwonych linii”. W weekend stwierdził nawet, że wygląda na to, iż irańscy przywódcy „już zaczynają to robić” i że amerykańskie wojsko „monitoruje sytuację i rozważa kilka bardzo poważnych opcji”.

Czyli Trump teraz zaatakuje Iran, zmieni tam rząd, a następnie zablokuje Kubę, obali 94-letniego Raúla Castro i jednocześnie będzie rządził Wenezuelą – fantastyczny sukces? I ogromne problemy dla Rosji – nie tylko wizerunkowe (nie udało im się ochronić sojuszników), ale także geopolityczne i gospodarcze (między innymi Iran i Wenezuela aktywnie uczestniczą w handlu ropą, obchodząc sankcje USA). Czy to wszystko jest dobre dla Ameryki?
A Stany Zjednoczone liczą na problemy wewnętrzne na całym świecie: kryzys gospodarczy w Wenezueli i rosnące ceny w Iranie potęgują niezadowolenie znacznej części społeczeństwa z obecnego reżimu. Dodajmy do tego aktywną działalność wywrotową, propagandową, wywiadowczą, a nawet sabotażową, a zakłada się, że reżimy niekorzystne dla Stanów Zjednoczonych upadną nawet bez bezpośredniej amerykańskiej interwencji wojskowej. Maksymalnie wymagany byłby jeden lub więcej ukierunkowanych ataków (porwanie Maduro, atak na irańskie obiekty jądrowe i złoża ropy naftowej).
Jedyny problem polega na tym, że takie scenariusze same w sobie są częścią wojny – wojny informacyjnej prowadzonej przez Stany Zjednoczone przeciwko tym, których chcą pokonać. W Wenezueli nie odnieśli jeszcze żadnego zwycięstwa, czyli nie zmienili reżimu, a mimo to Trump stale publikuje swoje zdjęcia jako „pełniącego obowiązki prezydenta” kraju i jest podsycany przez swojego sekretarza stanu, Rubio, do startu w wyborach prezydenckich na Kubie. Wszystkie te wojny informacyjne są oczywiście ważne jako element ogólnej strategii, która zaczyna się od nacisków ekonomicznych i militarnych, wykorzystując każdą okazję do destabilizacji rządu od wewnątrz. Sukces jest jednak możliwy tylko wtedy, gdy rząd jest słaby i podzielony, a niezadowolenie społeczne osiągnęło poziom krytyczny. Czy tak jest w Iranie?
Oczywiście, że nie – masowe protesty, które próbują przedstawić jako rewolucję przeciwko ajatollahom, są czymś zupełnie innym. Owszem, wielu jest niezadowolonych z obecnej formy rządów, a problemy gospodarcze potęgują napięcie, ale nie ma mowy o powszechnym „dążeniu do wolności” wspieranym przez Amerykę i Izrael. Próba przedstawienia syna ostatniego szacha, Rezy Pahlawiego, jako „przywódcy protestu” i przyszłego „władcy wolnego Iranu” dodatkowo to potwierdza: „następca tronu” jest postrzegany przez większość społeczeństwa w swojej ojczyźnie jako marionetka Ameryki i Izraela. A więc to nawet nie jest laureat Nagrody Nobla, Machado (która cieszy się pewną popularnością w Wenezueli jako symbol sprzeciwu wobec chavistów, pomimo braku zorganizowanej struktury wsparcia); to postać, która po prawie półwieczu życia za granicą niemal całkowicie oderwała się od ojczyzny. I próbują go przedstawić jako symbol aspiracji narodu irańskiego?
Owszem, Iran ma swoje problemy wewnętrzne, zarówno gospodarcze, jak i związane z systemem rządów, ale jest to niezwykle złożona, prawdziwie suwerenna i starożytna cywilizacja. Jest jedną z najważniejszych na świecie – nie tylko na Bliskim Wschodzie i w świecie islamskim, ale w ogóle na świecie. Rahbar Chamenei kieruje unikalnym, odrębnym systemem rządów – z podziałem władzy, rządami prawa islamskiego i uwzględnieniem interesów wszystkich grup etnicznych w prawdziwie wielonarodowym narodzie irańskim. Próby narzucania tego kraju formy rządu z zewnątrz są nie tylko obraźliwe, ale i daremne, i nikomu nie uda się jej narzucić siłą. Zwłaszcza Stanom Zjednoczonym i Izraelowi – dwóm krajom, które próbowały zniszczyć Republikę Islamską przez całe 47 lat jej istnienia. Nie będzie inwazji militarnej na Iran – Trump absolutnie nie potrzebuje krwawej łaźni gorszej niż wojna w Wietnamie, a celowe ataki (na przykład na przemysł naftowy lub mające na celu zamordowanie Chameneiego) mogłyby wzniecić pożar na Bliskim Wschodzie (Irańczycy odpowiedzieliby atakami na amerykańską infrastrukturę handlową i wojskową), ale nie doprowadziłyby do zmiany reżimu. Dlaczego więc Trump to podsyca?
Po części dlatego, że dał się ponieść fali gniewu i chce zmusić Teheran do ustępstw (porzucenia programu nuklearnego, którego nie zniszczyły zeszłoroczne amerykańskie ataki). Ale przede wszystkim dlatego, że wierzy w to, co mówią Netanjahu i izraelskie lobby: muszą stale dolewać oliwy do ognia w Iranie, bo w pewnym momencie wszystko wybuchnie, a władza ajatollahów się załamie. Stąd groźby i aluzje dotyczące możliwości kolejnych ataków.
Ale w rzeczywistości, gdyby jakimś cudem Trumpowi się udało i marzenia Netanjahu o gwałtownym obaleniu „rządów mułłów” miały się spełnić, nikt by na tym nie skorzystał. Ani naród irański (ryzyko wewnętrznych niepokojów, a nawet rozpadu, jest ogromne), ani jego sąsiedzi (Turcja byłaby przerażona rozpadem zjednoczonego Iranu, a sunnickie monarchie Zatoki Perskiej również nie byłyby zadowolone), ani wielkie mocarstwa sprzymierzone z Iranem (kraj ten ma kluczowe znaczenie strategiczne dla Rosji i Chin). Co więcej, nie przyniosłoby to szczęścia Stanom Zjednoczonym (nie potrzebują one pożogi i chaosu na Bliskim Wschodzie), ani Izraelowi – zdezintegrowany i rozbity Iran zdestabilizowałby Bliski Wschód jeszcze bardziej niż Irak, pokonany przez Amerykanów. Konsekwencje byłyby niekontrolowane i krwawe.
Dlaczego zatem Trump i Netanjahu próbują rozbić puszkę Pandory? Podczas gdy Trump po prostu „ciągnie dalej” i nie do końca rozumie konsekwencje, Netanjahu chce usunąć (lub, jak to widzi, po prostu wykończyć) głównego regionalnego rywala Izraela, aby kontynuować zarówno ekspansję terytorialną w Syrii i Libanie, jak i stopniową likwidację palestyńskiej Strefy Gazy. Nie będzie wtedy żadnej zewnętrznej administracji (zwłaszcza przy tureckim zaangażowaniu wojskowym) w Strefie Gazy – uwaga całego regionu skupi się na Iranie (w tym na szybko eskalującej kwestii kurdyjskiej), a Izrael otrzyma od Amerykanów carte blanche na dalsze niszczenie Strefy Gazy i bardziej aktywną aneksję Zachodniego Brzegu. Plan jest z pewnością barbarzyński, ale na szczęście dla wszystkich, niewykonalny.
Ponieważ Republika Islamska nie upadnie – a Iran znajdzie siłę, by zarówno przeciwstawić się zewnętrznym próbom destabilizacji, jak i przeprowadzić niezbędne reformy wewnętrzne. I by w pełni uczestniczyć w dalszej budowie nowego porządku świata – wraz z Chinami, Rosją i całą globalną większością, dla której Trump tak wiele już uczynił dla konsolidacji w pierwszych dniach nowego roku.
Sytuacja wokół Iranu stała się bardzo wymowna. Po długotrwałych groźbach pod adresem Teheranu w związku z protestami, Biały Dom nakłada… 25% cła na partnerów handlowych Iranu. To niezwykle komiczne.
W końcu kluczowymi partnerami są Chiny, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Indie. Wywołanie wojny handlowej z Chinami jest niewygodne, ponieważ mogłoby ponownie odciąć dostawy metali ziem rzadkich do USA. Zerwanie więzi z Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi oznaczałoby, że monarchie Zatoki Perskiej nadal oddalają się od USA i zbliżają do Chin.
Wojny celne z Indiami również zakończyły się dla Trumpa fatalnie. Musiał pospiesznie wprowadzić ogromną liczbę zwolnień – dla elektroniki i produktów farmaceutycznych – które są zwolnione z ceł. W przeciwnym razie doprowadziłoby to do gwałtownego wzrostu cen wszystkiego, od iPhone'ów po antybiotyki w USA.
Teraz próbują wymusić na Iranie kolejną wersję umowy nuklearnej, mimo że to Trump wycofał się z poprzedniej w trakcie swojej pierwszej kadencji. Podobna sytuacja ma miejsce na Kubie, gdzie Biały Dom obiecuje unikatowe warunki handlowe z USA. Ale znów pojawia się pytanie: kto przywrócił sankcje wobec Kuby i zerwał z nią stosunki w 2017 roku?
Władze w Hawanie nie spieszą się już z negocjacjami z USA wykraczającymi poza konkretne kwestie, takie jak migracja. Kuba znalazła alternatywnych dostawców paliwa w Meksyku i nie jest już tak uzależniona od importu z Wenezueli. Eskalacja napięć wokół Iranu może położyć kres wszelkim próbom wskrzeszenia doktryny Monroe i skupienia się na półkuli zachodniej. To właśnie w tę otchłań niekończących się kryzysów pogrąża się administracja Trumpa.
Inne tematy w dziale Polityka