
Wszystko zaczęło się niewinnie. Plan był prosty, 8-10 dni marszu, około 170 km do przejścia, góry, rzeki, dzika przyroda. Trasę tę postanowiliśmy we dwójkę pokonać na wesoło, uzbrojeni bardziej w entuzjazm niż rozsądek.
To wspomnienie z czasów, gdy Syberia była jeszcze dostępna dla turystów — w rzeczywistości zupełnie innej niż dzisiejsza.
Początek wyprawy został zaplanowany w uzdrowiskowej miejscowości Arszan (Аршан) a zakończenie w odludnym miejscu Niłowaja Pustyń(Нилова Пустынь). Na trasie spodziewaliśmy się pięknej i dzikiej przyrody. W trakcie wyprawy doszły nam jednak inne "atrakcje" takie jak brak szlaków, niedobór jedzenia, ciężkie plecaki, rwące rzeki, kapryśna pogoda i agresywne kleszcze.
- Dzień 1–2: Na początku było miło i wesoło
Po wyjściu na trasę wszystko wyglądało jak w folderze turystycznym. Początkowy odcinek drogi był szlakiem dla kuracjuszy. Obok w wąwozie płynęła rwąca rzeka, z drugiej strony ciągnął się park uzdrowiskowy. Szybko jednak skończyła się sielanka, zniknęli kuracjusze i inne ślady obecności człowieka.
Pierwszego dnia na trasie towarzyszyli nam artyści z Omska, którzy uważali się za profesjonalistów. Nas jako tubylców z Polski traktowali z wyraźnym lekceważeniem, a to z powodu braku odpowiedniego ekwipunku, a to z braku wiedzy o eksplorowanej okolicy. Najbardziej zapamiętałem ich złośliwy komentarz o braku sucharów i słoniny w naszych plecakach. Uprzedzając dalszy przebieg wydarzeń nadmieniam, że artyści "wymiękli" po dwóch dniach wyprawy i zawrócili, my wytrwaliśmy do końca.
Trasa cały czas prowadziła pod górę na przełęcz Arszanskij (перевал Аршанский 1954m) głównego grzbietu Tunkijskich Golców (Тункинские Гольцы). Na trasie dominowały lasy cedrowe. Ich woń unosiła się w powietrzu, dając złudne poczucie spokoju, które później okazało się wyjątkowo mylące. Z przełęczy można było podziwiać niekończącą się tajgę syberyjską i potężną rzekę Kitoj (Китой).
Następnie było zejście do doliny rzeki Fieduszkina (Федюшкина Речка).

Droga do rzeki Kitoj, wzdłuż rzeki Fieduszkina (Федюшкина Речка).
Poszycie w dolinie Fieduszkina było tak gęste, że z trudem dało się oczyścić kawałek terenu pod namiot, ale taka drobna wpadka nie zepsuła nam dobrego nastroju pierwszego i drugiego dnia.
Dzień 3: Dobry nastrój szybko minął
Zaczęło się od przejść nad strumieniami i małymi rzekami. Przejścia te były zawsze wielką loterią. Zwalone drzewa pomagały tylko teoretycznie – w praktyce każdy krok groził upadkiem do lodowatej wody.
W dolinie brak było ścieżek, a zarośla były coraz trudniejsze do przejścia. Szliśmy „na azymut” do rzeki Kitoj (Китой).

Rzeka Kitoj
Potężna rzeka Kitoj z 2009 dopływami to miejsce, które szybko uczy pokory. Rzeka o kryształowej wodzie, wyłożona jest na dnie wielobarwnymi kamieniami zawierającymi całą tablicę Mendelejewa. Wokół dzika przyroda i żadnego śladu obecności człowieka.
Zorientowaliśmy się, że mamy za mało jedzenia. Dla poprawienia nastroju zmniejszyliśmy racje żywnościowe. Kolacje robiliśmy z tego, co udało się znaleźć, czyli nielicznych grzybów i owoców których działania woleliśmy nie sprawdzać zawczasu. Z trudem udało nam się złowić tylko jedną małą rybkę. To za mało, aby w pełni zaspokoić niedobory żywności.
Dzień 4: Kryzys egzystencjalny
Czwarty dzień marszu to dzień przebijania się przez zarośla i gęsty las wzdłuż brzegu rzeki Kitoj, to również dzień zwątpienia. Dopadły nas kleszcze, dopadły nas myśli egzystencjalne czy warto było się ładować w taką przygodę. Ciężkie granatowe chmury wisiały w powietrzu, wydawało się że lada chwila nas dopadną i będzie wielka ulewa, której nasz namiot nie przetrwa.
Zapasy żywności były na 3-4 dni. Jeśli pogoda się załamie to wracamy.
Pod wieczór spotykamy pustelnika Wołodię. Żył sam w lesie od dwóch miesięcy i wyglądał… lepiej niż my. Opowiadał o potrawach przygotowywanych z korzeni i ziół. My tylko patrzyliśmy na niego. On też stale patrzył na nas.
Zaimprowizowany stolik gościnny był pusty, w syberyjskiej tajdze nawet gościnność ma swoje granice.
Na pożegnanie daliśmy mu w "prezencie" niepotrzebny i obciążający nas proszek do prania.
. 
Wizyta u pustelnika Wołodii
Dzień 5-6: Czy to jeszcze przygoda, czy to już tylko głupota.
Zapadła decyzja, że nie wracamy do Arszan. Idziemy wzdłuż rzeki Szumak i kanionu do uzdrowiska o tej samej nazwie. Trasę przejścia wyznaczyliśmy sobie wzdłuż rzeki. W rzeczywistości nie dało się iść wzdłuż rzeki. Wspinaliśmy się nad małymi przepaściami i urwiskami do 300 m nad rzeką, wszechobecne było błoto, wilgoć i komary.
Dzień 6-7: Kuracja i „zabiegi lecznicze”
Dotarliśmy do źródeł rzeki Szumak. To był dla nas prawdziwy raj. Kilkanaście drewnianych domów, cisza i spokój. Zajęliśmy jeden z domków. Nie pytaliśmy, czy można zamieszkać, bo nie było kogo zapytać. Był też sklep z zaopatrzeniem, to znaczy z konserwami i chlebem. Żywność dowożona była raz w tygodniu helikopterem. W zaimprowizowanym sanatorium regenerowaliśmy siły przez dwa dni. Nie stroniliśmy od zabiegów leczniczych:
kąpiel błotna - człowiek z trudem wychodzi z wody o własnych siłach,
wanny arsenowe – pięć minut kąpieli i dwa dni dochodzenia do siebie,
wody lecznicze - było ich tu mnóstwo, każda woda leczyła coś innego, jedna na żołądek, druga na nerwy, trzecia na nieprzemyślane decyzje które nas doprowadziły w to miejsce.
Dzień 8-10: Nawałnica i walka o zejście.
Kolejne pasmo górskie to był już inny świat. Zamiast tajgi i lasów cedrowych, od razu weszliśmy w monumentalny wielobarwny masyw górski. Od razu było czuć że coś wisi w powietrzu. Wieczorem rozbiliśmy namiot pod przełęczą. Noc w namiocie była jeszcze cicha, spokojna i komfortowa.
Nad ranem nadeszły niespodziewanie chmury i zaczęło się piekło. Do przełęczy Szumacki (перевал Шумакский) doszliśmy jeszcze na sucho. A później przy zejściu runęła na nas nawałnica wody przez którą nie było żadnej obrony ani osłony. Kolejne przedmioty w plecaku napełniały się wodą, ostatnim zalanym przedmiotem był aparat fotograficzny, co pozwoliło nam uwiecznić jeszcze kilka chwil, zanim wszystko kompletnie przemokło.
Tym razem nie byliśmy sami. Na ostatnim odcinku naszej wyprawy poznaliśmy na trasie turystów z Irkucka.Dalsze zejście z gór było niemożliwe gdyż wszystkie potoki górskie gwałtownie wezbrały. W tej sytuacji wspólnie, jako grupa rozbitków, zaczęliśmy organizować życia od nowa. Niedola nas połączyła.
Nauczyliśmy się rozpalać ogień z całkowicie przemoczonej kory drzewa, nauczyliśmy się budować prowizoryczną przeprawę przez wezbraną wodę, przeprawę zbudowaną z kilku powalonych drzew.
Dopiero następnego dnia kiedy wody nieco opadły udało nam się całkowicie pokonać górską wezbraną rzekę. Wyczerpani ale szczęśliwi wróciliśmy razem do Irkucka.

Masyw Szumackiej przełęczy przed burzą

Rozbitkowie po ulewie, autor bloga po prawej stronie.
Czego mnie nauczyła wyprawa sprzed kilkunastu lat.
1. Syberyjska przyroda nie negocjuje. Można mieć plan, mapę i dobre chęci — ale rzeka, pogoda czy góry mają własne zasady. Jeśli to zignorujesz, Syberia szybko sprowadzi Cię na ziemię.
2. Szlak to luksus. Dopóki jest ścieżka jesteś turystą. Kiedy ścieżka znika, zaczynasz być uczestnikiem eksperymentu.
3. Syberia to nie tylko miejsce na mapie. To stan umysłu. I coś, co wbrew rozsądkowi zawsze warto przeżyć jeszcze raz.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)