To nie jest pytanie banalne. Od 2019 roku formuła współpracy partii opozycyjnych w wyborach do Senatu okazała się jednym z niewielu naprawdę udanych eksperymentów politycznych ostatnich lat. Pomysł narodził się jeszcze w 2018 roku, gdy senator Marek Borowski zaproponował, aby partie opozycyjne nie wystawiały przeciwko sobie kandydatów w jednomandatowych okręgach. Proste? Tak. Skuteczne? Jeszcze bardziej. Koordynacją zajął się później Zygmunt Frankiewicz i w efekcie w 2019 roku Pakt Senacki przyniósł opozycji większość w Senacie – 51 mandatów wobec 48 PiS-u.
Eksperyment powtórzono w 2023 roku, tym razem z jeszcze większym rozmachem. Do Koalicji Obywatelskiej, PSL i Lewicy dołączyła Polska 2050. Efekt? 65 mandatów, czyli stabilna większość i dowód, że wspólne wystawienie kandydatów w jednomandatowych okręgach ma sens – nawet przy różnicach programowych.
Prawica w lustrze Paktu Senackiego
Z drugiej strony sceny politycznej panuje nieco inny klimat. PiS i Konfederacja rywalizują między sobą o podobny elektorat a do tego Mentzen chce mieć własne suwerenne miejsce na scenie politycznej to wzmaga niechęć liderów tych ugrupowań do siebie. Jarosław Kaczyński i Sławomir Mentzen to politycy, których dzieli niemal wszystko: styl, język, generacja. Tylko ego mają podobne – obaj tak samo wielkie.
A jednak coś zaczyna się zmieniać. Mentzen podczas konferencji prasowej przekazał, że rozmawiał z prezydentem Karolem Nawrockim o możliwości stworzenia prawicowego paktu senackiego. Co ciekawe, to właśnie Nawrocki – miałby być gospodarzem takiego projektu.
I tu warto się zatrzymać. Bo oto po raz pierwszy od dawna pojawia się ktoś, kto może być spoiwem polskiej prawicy. Prezydent Nawrocki nie udaje, że jest „prezydentem wszystkich Polaków”. On jasno staje po jednej stronie sporu i nie boi się tego powiedzieć. Może właśnie takiego gospodarza potrzebuje Koalicja Polskich Spraw – silnego, symbolicznego, ale też zdolnego do mediacji między skrajnymi temperamentami Kaczyńskiego i Mentzena.
Kogo zaprosić, kogo pominąć?
Jeśli taki pakt ma w ogóle powstać, nie może ograniczać się tylko do PiS i Konfederacji.
To byłby błąd, który z góry skazuje projekt na bycie efemerydą jednej kampanii. Koalicja Polskich Spraw powinna objąć szerokie spektrum środowisk na prawo od centrum. Trzeba zaprosić tych, którzy w drugiej turze wyborów prezydenckich jasno opowiedzieli się po stronie Nawrockiego – czyli Marka Jakubiaka (Federacja dla Rzeczpospolitej), Marka Wocha (Bezpartyjni Samorządowcy, Stronnictwo Pracy) czy Artura Bartoszewicza. To nazwiska, które wnoszą coś więcej niż tylko procenty poparcia. Dają gwarancję, że prawica wystartuje w tych wyborach bardziej zjednoczona.
Ale są też tacy, których zaprosić nie warto
Grzegorz Braun? Trudno nie docenić jego retorycznego talentu i medialnej rozpoznawalności, ale styl uprawiania polityki przez Brauna to coś między hucpą a polityczną prowokacją. Jego wypowiedzi często szkodzą wizerunkowi Polski i narażają nas na dyplomatyczne tarapaty. Jeśli więc Koalicja Polskich Spraw ma być inicjatywą poważną, z ambicją przejęcia władzy w Senacie, to Braun powinien pozostać poza jej obrębem.
Koalicja czy miraż?
Czy więc Koalicja Polskich Spraw do Senatu ma szansę powstać?
Realnie – tak. Politycznie – zależy od dwóch rzeczy: ego liderów i umiejętności rozmowy o wspólnych celach, a nie tylko o wspólnych wrogach.
Prawica w Polsce ma potencjał, by wygrywać, ale często sama sobie podcina skrzydła – zbyt łatwo zamienia różnice poglądów w personalne konflikty. Jeśli uda się tym razem to przezwyciężyć, jeśli Kaczyński i Mentzen choć na chwilę porozmawiają językiem strategii, nie emocji – to być może w 2027 roku zobaczymy w Senacie pierwszy prawicowy pakt, który stanie naprzeciwko centrolewicowego monolitu.
Piotr Tański
Jeśli mój tekst przypadł Ci do gustu możesz postawić mi kawę korzystając z tego linka: buycoffee.to
Zapraszam też do polubienia Mojej Strony na FB: e-upr.pl 2.0




Komentarze
Pokaż komentarze