Ale właśnie dlatego warto zacząć rozmawiać o nim inaczej. Nie tylko o tym, ile wody może nam zabraknąć, ale przede wszystkim o tym, co możemy zrobić, aby jej nie zabrakło. Bo susza nie jest wyłącznie problemem klimatu. Jest również problemem infrastruktury, planowania, technologii i sposobu gospodarowania zasobami. I tutaj warto spojrzeć na kraje, które nauczyły się funkcjonować w warunkach znacznie większego deficytu wody niż Polska.
Turcja jest jednym z takich przykładów.
Nie dlatego, że rozwiązała problem suszy. Nie rozwiązała. Podobnie jak wiele innych państw zmaga się z rosnącą presją na zasoby wodne. Ale pokazuje coś ważnego: nawet w gorącym i okresowo bardzo suchym klimacie można budować infrastrukturę, która pozwala dostarczać wodę mieszkańcom, rolnictwu, przemysłowi i turystyce. To jest lekcja, którą powinniśmy w Polsce potraktować poważnie.
Woda nie może być tylko tym, co spadnie z nieba
Największym błędem w polskiej dyskusji o suszy jest traktowanie wody przede wszystkim jako zjawiska pogodowego. Pada — jest woda. Nie pada — wody nie ma. Tymczasem nowoczesna gospodarka wodna powinna działać zupełnie inaczej. Woda, która spadnie podczas intensywnych opadów, powinna być w możliwie dużej części zatrzymana, zmagazynowana i wykorzystana wtedy, kiedy będzie potrzebna. To oznacza odejście od myślenia: „Jak szybko odprowadzić nadmiar wody?” na rzecz pytania: „Jak dużą część tej wody możemy zatrzymać?”
Bo problem Polski polega między innymi na tym, że w okresach intensywnych opadów ogromne ilości wody szybko trafiają do rzek, a następnie do Bałtyku. Kilka tygodni później, gdy przychodzi upał i brak opadów, zaczynamy mówić o suszy. To jest paradoks, którego nie możemy dłużej ignorować.
Program magazynowania wody
Jeżeli traktujemy bezpieczeństwo wodne poważnie, potrzebujemy programu inwestycyjnego obejmującego całą Polskę. Nie jednego wielkiego projektu. Nie jednej spektakularnej tamy. Potrzebujemy systemu tysięcy różnych magazynów wody. Dużych i małych. Państwowych i prywatnych. Naturalnych i technicznych.
Powinniśmy inwestować w: duże zbiorniki retencyjne, małe zbiorniki i stawy, odbudowę śródpolnych oczek wodnych, zastawki na rowach melioracyjnych, renaturyzację rzek i ich dolin, ochronę mokradeł i torfowisk, zbieranie deszczówki, retencję na terenach miejskich, zwiększanie zdolności gleby do zatrzymywania wody, ochronę i rozsądne wykorzystanie wód podziemnych. Każdy z tych elementów ma znaczenie. Bo bezpieczeństwo wodne państwa nie powstaje dzięki jednej inwestycji. Powstaje dzięki sieci wielu mniejszych i większych rozwiązań.
Zbiornik retencyjny nie jest symbolem zacofania
W Polsce dyskusja o zbiornikach retencyjnych bardzo często sprowadza się do prostego konfliktu: infrastruktura kontra środowisko. To fałszywa alternatywa. Oczywiście nie każdy zbiornik należy budować. Nie każda rzeka powinna być regulowana. Nie każda dolina powinna zostać zalana. Ale równie absurdalne jest założenie, że każda większa inwestycja hydrotechniczna jest z definicji szkodliwa.
Dobrze zaprojektowany zbiornik wielofunkcyjny może jednocześnie magazynować wodę, ograniczać skutki powodzi, wspierać rolnictwo, stabilizować przepływy i produkować energię. To właśnie dlatego powinniśmy przestać patrzeć na gospodarkę wodną przez jeden tylko parametr. Zbiornik może być jednocześnie elementem: bezpieczeństwa wodnego, przeciwpowodziowego, energetycznego i żywnościowego. Oczywiście pod warunkiem, że inwestycja jest właściwie zaprojektowana i uwzględnia jej wpływ na środowisko.
Hydroelektrownia może być częścią systemu bezpieczeństwa
Warto również odczarować temat hydroenergetyki. Hydroelektrownia nie musi oznaczać wyłącznie produkcji prądu. W przypadku odpowiednio zaprojektowanych zbiorników możemy połączyć kilka funkcji: produkcję energii, magazynowanie wody, regulację przepływów i ochronę przeciwpowodziową. W dobie transformacji energetycznej każdy stabilny i odnawialny sposób produkcji energii ma znaczenie.
A woda zgromadzona w zbiorniku jest jednocześnie magazynem energii potencjalnej i magazynem zasobu wodnego. Dlatego zamiast prowadzić ideologiczne wojny o to, czy hydroelektrownia jest „dobra” albo „zła”, powinniśmy pytać: Gdzie konkretna inwestycja przyniesie więcej korzyści niż kosztów? To jest podejście pragmatyczne. I właśnie pragmatyzmu potrzebuje polska polityka wodna.
Rolnik powinien być wynagradzany za zatrzymywanie wody
Szczególnie ważne jest rolnictwo. Nie możemy oczekiwać, że rolnik będzie inwestował własne pieniądze w zbiorniki, systemy nawodnienia czy urządzenia retencyjne, jeśli jednocześnie państwo będzie wymagało od niego coraz większej liczby formalności. Powinna obowiązywać prosta zasada: kto zatrzymuje wodę, ten powinien być za to wynagradzany.
Jeżeli rolnik buduje zbiornik retencyjny, odbudowuje staw, tworzy oczko wodne, modernizuje meliorację tak, aby zatrzymywała wodę albo inwestuje w efektywne nawadnianie — państwo powinno mu w tym pomagać. Nie poprzez kolejne skomplikowane programy. Potrzebujemy prostego systemu dopłat i ulg. Bo państwu powinno zależeć na tym, żeby tysiące gospodarstw stały się małymi elementami krajowego systemu retencji.
Melioracja musi zmienić filozofię
Przez dziesięciolecia dominowało podejście: woda na polu — trzeba ją odprowadzić. Dzisiaj powinniśmy myśleć inaczej. Potrzebujemy systemu, który działa w dwóch kierunkach. Kiedy jest nadmiar wody — odprowadza ją. Kiedy zaczyna się susza — pozwala ją zatrzymać.
Zastawki, jazy, zbiorniki i odpowiednio zarządzane rowy melioracyjne mogą sprawić, że woda pozostanie w krajobrazie znacznie dłużej. To jedna z najtańszych form zwiększania bezpieczeństwa wodnego.
A może wykorzystać morze?
W Polsce mamy jeszcze jeden zasób, którego praktycznie nie traktujemy jako potencjalnego źródła wody. Bałtyk.
Oczywiście nie oznacza to, że powinniśmy zacząć masowo odsalanie morza. Ale technologia odsalania wody morskiej jest już rzeczywistością. Na świecie wykorzystuje się ją między innymi w Izraelu, Hiszpanii, na Cyprze i w innych krajach cierpiących na chroniczny deficyt wody. Co więcej, odsolona woda może być wykorzystywana również w rolnictwie. To szczególnie istotne, ponieważ pokazuje, że granica między „wodą morską” a „wodą dla rolnictwa” nie jest już technologicznie nieprzekraczalna.
Oczywiście odsalanie ma swoje ograniczenia. Jest energochłonne. Wymaga infrastruktury. Powstaje problem zagospodarowania solanki. A Bałtyk jest szczególnie wrażliwym ekosystemem. Dlatego nie proponuję budowania jutro wielkich fabryk wody nad całym polskim wybrzeżem.
Proponuję coś znacznie rozsądniejszego: Polska powinna rozpocząć program pilotażowy odsalania wody Bałtyku. Zbadać koszty. Wpływ środowiskowy. Zużycie energii. Możliwości wykorzystania wody w przemyśle, rolnictwie i gospodarce komunalnej. Jeżeli za 20 czy 30 lat problem wody będzie większy niż dzisiaj, lepiej mieć własne doświadczenie i technologie niż dopiero wtedy zaczynać od zera.
Najtańsza woda to ta, której nie musimy ponownie produkować
Jest jednak jeszcze jedno źródło, o którym mówi się za mało. Oczyszczone ścieki. Nie każda woda musi być wodą pitną. Do podlewania zieleni, niektórych upraw, procesów przemysłowych czy chłodzenia instalacji nie zawsze potrzebujemy wody o jakości wymaganej w kranie. Dlaczego więc oczyszczalnia ścieków miałaby być wyłącznie miejscem, w którym pozbywamy się problemu? Powinna być również fabryką odzysku zasobów. Woda po odpowiednim oczyszczeniu może wracać do gospodarki.
To rozwiązanie stosowane jest już w wielu państwach. Izrael jest tutaj jednym z najbardziej zaawansowanych przykładów, ale ponowne wykorzystanie oczyszczonych ścieków rozwija się również w Europie. Polska powinna stworzyć system zachęt dla samorządów i przedsiębiorstw, które budują infrastrukturę drugiego obiegu wody.
Miasto też powinno przestać wyrzucać wodę
Betonowe miasta mają jeszcze jeden problem. Kiedy pada intensywnie, woda spływa ulicami, dachami i parkingami do kanalizacji deszczowej. A potem znika. Tymczasem można ją zatrzymywać. Zbiorniki podziemne. Ogrodowe zbiorniki deszczowe. Niecki retencyjne. Zielone dachy. Powierzchnie przepuszczalne. Parki retencyjne. Ogrody deszczowe.
To wszystko może sprawić, że część wody pozostanie tam, gdzie spadła.
A później będzie dostępna dla roślin, gleby i mieszkańców.
Potrzebujemy zmiany myślenia
Największym problemem Polski może nie być wcale sam niedobór wody. Problemem jest brak odpowiednio dużej zdolności do jej magazynowania i ponownego wykorzystania. Dlatego bezpieczeństwo wodne powinno być traktowane podobnie jak bezpieczeństwo energetyczne.
Powinniśmy wiedzieć: ile mamy wody, gdzie ją mamy, ile jej pobieramy, ile tracimy, ile możemy zatrzymać, ile możemy odzyskać, ile możemy zgromadzić, gdzie występują największe deficyty, gdzie potrzebne są zbiorniki, gdzie lepiej odtworzyć mokradła, gdzie potrzebne są inwestycje w rolnictwo, a gdzie można wykorzystać wodę morską.
Potrzebujemy jednego, publicznego i aktualnego bilansu wodnego Polski.
Nie kolejnego dokumentu strategicznego, który będzie miał kilkaset stron. Tylko systemu, który pozwoli każdego roku odpowiedzieć na proste pytanie: Ile wody mamy i co zamierzamy z nią zrobić?
Nie walczmy z suszą strachem
Susza jest realnym zagrożeniem. Ale państwo poważne nie może odpowiadać na każde zagrożenie wyłącznie alarmem. Jeżeli wiemy, że okresy suszy będą się pojawiały, przygotujmy się. Jeżeli wiemy, że opady będą coraz bardziej nierównomierne, nauczmy się je zatrzymywać. Jeżeli wiemy, że rolnictwo potrzebuje wody, zbudujmy system retencji. Jeżeli wiemy, że woda będzie coraz cenniejsza, rozwijajmy technologie jej odzysku. Jeżeli wiemy, że mamy morze, sprawdźmy, czy i w jakim zakresie możemy wykorzystać je jako dodatkowe źródło wody.
Jeżeli wiemy, że zbiornik może jednocześnie magazynować wodę i produkować energię, nie odrzucajmy tego rozwiązania tylko dlatego, że jest „infrastrukturalne”. I jeżeli wiemy, że mokradło potrafi zatrzymać wodę bez budowania betonowej konstrukcji, również z tego korzystajmy.
Nie potrzebujemy jednej recepty. Potrzebujemy całego systemu.
Polska nie może być zakładnikiem pogody
Najważniejsza zmiana musi jednak nastąpić w sposobie myślenia. Nie możemy budować państwa, którego bezpieczeństwo wodne zależy od tego, czy w maju i czerwcu spadnie wystarczająco dużo deszczu. Pogoda jest zmienna. Infrastruktura może być trwała. I właśnie dlatego przykład Turcji jest wart przywołania. Nie dlatego, że Turcja nie ma suszy. Ma. Nie dlatego, że rozwiązała wszystkie problemy wodne. Nie rozwiązała.
Ale dlatego, że pokazuje, iż odpowiedzią na deficyt wody może być również inwestycja, magazynowanie, infrastruktura, wykorzystanie wód podziemnych, modernizacja sieci i planowanie. To samo możemy zrobić w Polsce. Nie musimy czekać, aż susza stanie się katastrofą.
Możemy przygotować się wcześniej. I zamiast codziennie mówić Polakom:
„Oszczędzaj wodę, bo jej zabraknie”
powinniśmy zacząć mówić:
„Zbudujemy system, który pozwoli nam zatrzymać wodę, kiedy będzie jej dużo, i wykorzystać ją wtedy, kiedy będzie potrzebna.”
To jest zasadnicza różnica.
Jedna polityka uczy obywatela strachu.
Druga buduje jego bezpieczeństwo.
A woda — podobnie jak energia, żywność czy infrastruktura — powinna być traktowana nie jako temat do kolejnego alarmistycznego komunikatu, lecz jako strategiczny zasób państwa.
Bo Polski nie stać na to, żeby po każdym okresie suszy odkrywać na nowo, że potrzebujemy wody.
Powinniśmy ją mieć.
Zmagazynowaną. Odzyskaną. Zatrzymaną. Przygotowaną na później.
Bo z suszą nie wygrywa się straszeniem.
Z suszą wygrywa się przygotowaniem.
Jeśli lubisz takie teksty polecam stronę: przegladwspolczesny.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (5)