52 obserwujących
353 notki
386k odsłon
  156   1

Czytane w niedoczasie: Autoterapia albo opis obyczajów

z archiwum autora
z archiwum autora

Kram pod Czerwonym Grzybem, minipowieść Anny Skoczylas (Wydawnictwo Literackie 1980), to raczej forma autoterapii poprzez twórczość niż opis lokalnego obyczajowego fenomenu.

(...) Tygodnie spędzane w dymie wciąż w tym samym miejscu. Na ścianach wiszą portrety nas samych, dziewcząt i chłopców z Czerwonego Grzyba, bardziej rzeczywiste niż twarze przy stolikach. Te portrety są jak skorpiony, żyją życiem, które nam odebrano. Wychodzą ze ściany, wciskają się pomiędzy stoliki, wołają nas. Oczy, oczy podcienione kreską, wielkie, szkliste, mrugające światełkami, ironiczne i nieruchome. Odbijają myśli zastygłe jak krople i ostre jak nóż. Usta chciwe, łakome, powleczone pozłótką, rozchylone i zaciśnięte. Przerzucamy w milczeniu piłeczki spojrzeń, my i portrety, gra bez słów, pantomima bez gestów. Usypiamy powoli przy stolikach zapatrzeni w gęstniejący dym. Coś tu musi się stać, coś gwałtownego, żeby uwolnić nas, wyrwać z obojętności, która jest jak narkotyk, ciągle czekamy, dzień po dniu zaprzepaszczony w oczekiwaniu na to co wreszcie położy kres...


Dobra proza. Z nerwem napisana. Krótkie zdania, wartka fraza, emocjonalne zapętlenie. Początek jest wprawdzie cokolwiek wsobny: buksowanie psychiczne (nie, nie boksowanie!) narracja ślizga się po gorzkich, bolesnych wspomnieniach i zaczepia się o nie. Podejmuje kolejną próbę startu, ale nie udaje się jej ruszyć z miejsca... I jeszcze raz, i jeszcze... Trudno się temu dziwić: ta proza poetki, taterniczki, alpinistki, wcześniej tworzącej tylko opowiadania o tematyce górskiej,  jest datowana na lata 1966-68, a przecież właśnie w listopadzie 1966 roku po ciężkiej chorobie zmarł mąż autorki: taternik, alpinista oraz himalaista Adam Skoczylas.

Debiutancka minipowieść Anny Skoczylas, urodzonej we Lwowie w roku 1928, z domu Klemensiewiczówny, w przywoływanych przez siebie klimatach, w dojmującym poczuciu pustki i bezsensu istnienia może kojarzyć się z inkulturowanym egzystencjalizmem, osadzonym w realiach Polski lat sześćdziesiątych minionego wieku. Ale to nie jest bynajmniej egzystencjalizm ściśle skategoryzowany intelektualnie ani dyskursywnie wyłożony. Nie, mamy tu raczej do czynienia z zapisem emocjonalnego karambolu, z notacją mocnego psychicznego zamętu osoby, której nie udaje się odnaleźć własnego satysfakcjonującego sposobu istnienia wśród innych. Obcujemy z przeżyciami osoby, która mimo kolejnych, uparcie ponawianych prób nie może odnaleźć swego egzystencjalnego dopełnienia: tej drugiej, tak potrzebnej połówki. Osoby, która nie potrafi żyć bez utraconej miłości i która nawet nie potrafi się zdecydować, czy winę za ten stan rzeczy ponosi ona sama czy raczej zwariowany świat, którego modelem w skali mikro jest właśnie ów tytułowy Kram pod Czerwonym Grzybem.

W rzeczywistości przestrzenno-społeczny sztafaż tej prozy istniał naprawdę, stanowiąc w latach 60. i 70. jedno z modnych miejsc ówczesnego Krakówka. Niewielka norka w podziemiach budynku Starego Teatru, pod czytelnią prasy Empik, z wejściem od ulicy Jagiellońskiej. Należało tam być, choć ze trzy razy w tygodniu, żeby napić się kawy i zademonstrować własne istnienie. Taka swoista nisza części artystyczno-profesorsko-dziennikarskiej sfery, przydająca prestiżu oraz podnosząca poczucie własnej wartości, przynajmniej na ówczesnej giełdzie towarzyskiej. Odpowiednik egzystencjalnego wzmocnienia, jakie do niedawna stanowiła możliwość pokazania się na telewizyjnym ekranie, ewentualnie – już całkiem współcześnie! –  posiadanie konta i harce na Twitterze.

Pół godziny, góra trzy kwadranse nad kawą w Empiku, jeśli tylko było praktykowane w miarę regularnie, zwiększało rozpoznawalność osoby, windowało jej osobistą atrakcyjność, a mówiąc współczesnym językiem: silnie wzmacniało asertywność. Ale dla Anny Skoczylas ten Empik był właściwie pretekstem, rodzajem dekoracji potrzebnej dla podkreślenia samotności narratorki Kramu... wśród tłumu. Dopiero pod koniec opowieści autorka kreśli kilka szkicowych, tym niemniej ciekawych portretów dawnych bywalców tego miejsca. I dla mnie, oprócz dramatycznego finału, są to najciekawsze partie tej prozy. Neuroza bohaterki, nawet literacko sprawnie przedstawiona, ma jednak mniejszą atrakcyjność niż zbiorowy portret pewnego lokalnego krakowskiego fenomenu sprzed lat. 


Waldemar Żyszkiewicz

(19 marca 2022)
 


Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale