Tędy i owędy
Nie siedzę okrakiem na barykadzie!
82 obserwujących
2423 notki
3070k odsłon
  1082   3

Ryba wpływa na wszystko

Ryby, jak wiadomo, dzielą się na dwa rodzaje: ozdobne i jadalne. Lubię oba, ale przepadam za tymi drugimi. Rodzina po mieczu pochodzi znad Narwi, więc ryby stanowiły znaczącą część naszego wyżywienia. Dziś szczególnie cenione są ryby morskie, które jeszcze przed wojną (a u nas - zawsze) uważane były za mniej smaczne, za to tańsze, niż swojskie jeziorne czy rzeczne.

Ojciec, urodzony jeszcze przed wojną, nie tylko był chodzącą encyklopedią, dostępną dla córek na pstryknięcie palcami, ale posiadał też mnóstwo cennych umiejętności, jako to: pływanie niczym delfin czy łowienie ryb (no i zbieranie grzybów). Biedna mama była zazwyczaj szczęśliwa z powodu pasji męża, ale czasem dawała jej się ona w kość, gdy połów był ZBYT obfity. Najczęściej trochę się zjadało, część oddawało rodzinie i znajomym, ale czasem klęska obfitości była zbyt wielka i wtedy trzeba było zarwać noc, żeby to wszystko oczyścić, posmażyć czy powędzić, zapakować w słoiki ... A zdobycz bywała różnoraka i bardzo nieprzewidywalna: czasem wiaderko niedużych płotek czy karasi, innym razem - wielkie szczupaki czy ogromny sum ... Trafiały się węgorze, liny, miętusy, których nazwa strasznie śmieszyła mnie i siostrę (cukierek?!) i te takie strasznie ościste, ale smaczne (zapomniałam, jak się nazywają). Dla każdego rodzaju ryby trzeba było znaleźć najlepszy sposób obróbki: wiadomo, że węgorz najlepszy jest wędzony, a na malutkie płotki też jest sposób: trzeba je lekko ponacinać, opanierować w mące i usmażyć, a drobne ostki rozpuszczą się w tłuszczu.

Z pobytu dziadków pamiętam nawet (ale to wspomnienie z bardzo wczesnego dzieciństwa; potem już tego nie było) całe góry raków gotowanych we wrzątku z wielkimi wiąchami kopru. Raki były czarne, a po krótkim gotowaniu zmieniały kolor na czerwony. Magia, jak nic!

PRL to był czas, kiedy z jakiegoś powodu ryby były łatwiej dostępne niż mięso, choć ich świeżość często pozostawiała wiele do życzenia. Niemniej pamiętam, że nawet w naszym wiejskim sklepie spożywczym często można było kupić halibuta, a zawsze stała beczka z solonymi śledziami: całymi, z głowami i wnętrznościami, wśród których szukało się ikrzaków i mleczaków. Z wypraw do miasta mama wracała ze zdobyczą pod postacią kerguleny: brzydkiej, ale przepysznej ryby o białym mięsie, z zadziwiającym paseczkiem czarnego w środku, wzdłuż kręgosłupa.

Gdy na czas studiów zamieszkałam w Warszawie, odkryłam świat Centrali Rybnej. Sklep tej firmy znajdował się w samym centrum, przy skrzyżowaniu Al. Jerozolimskich i Marszałkowskiej, tuż obok Okrąglaka. Byłam tam częstą klientką. choć z pewnością nie ze względu na zapach, który byłam odrażający (zapewne sprzątanie i mycie pojemników bywało raczej rzadkie). Kolejki były ogromne albo nie było ich wcale - zależało to oczywiście od tego, czy był towar i jaki. Prawie zawsze były tam jakieś puszki z rybami (a asortyment był ogromny, głównie z ZSRR - nie ma porównania do oferty dzisiejszej). Śledzie w beczkach też były prawie na okrągło, włącznie z latem: nie wiem, czemu, bo dziś tych kilka miesięcy wakacyjnych to posucha, jeśli chodzi o prawdziwe śledzie, a już zwłaszcza ikrę i mlecz). Gdy rzucano takie rarytasy, jak świeże ryby morskie, ludzie ich zapach wyczuwali nawet spod Warszawy i ruszał szturm na Centralę Rybną. Prawdą jest jednak, że kolejka posuwała się szybko, bo sprzedawców było kilku.

Centrala Rybna padła bodajże w 1982 albo 1983 roku, a ja jej śmierć przeżyłam bardziej, niż niejednego znajomego ... No, były jeszcze podwarszawskie sklepy rybno-wędkarskie, jak ten w Serocku czy ten po drodze do Pułtuska, ale wybudowanie nowej drogi odcięło do nich dostęp. A szkoda, bo takiego wyboru ryb słodkowodnych, jak w Serocku, i takiej jakości, to już potem w życiu nie widziałam!

Potem była długa przerwa, jeśli chodzi o ryby, bo ojciec przestał wędkować, a w sklepach był wybór naprawdę niewielki.

W tak zwanej "wolnej Polsce" na początku przez kilka pierwszych lat niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o świeże ryby - dopiero powstanie hipermarketów, jak Geant, Tesco czy (zwłaszcza) Auchan sytuację zmieniło diametralnie. Na stoiskach rybnych wybór był ogromy: mogłam wybierać między zielonymi śledziami, świeżymi makrelami, dorszami, turbotami, płastugami, halibutami, bellonami, węgorzami czy szprotkami - i wszystko jakimś cudem było świeże. Potem asortyment zaczął się kurczyć, a jakość - dramatycznie spadać. Tak naprawdę najbezpieczniejszym rozwiązaniem bywało kupno ryb mrożonych (choć też bywało różnie - zdarzało się, że cały mrożony nabytek po rozmrożeniu trzeba było NATYCHMIAST zakopać, i to bardzo głęboko (Auchan, niestety).

Obecnie jest wybór: kupować jakieś nędzne namiastki rybne w hipermarketach czy zwykłych sklepach albo szukać albo szukać ekskluzywnych, bardzo drogich, dostawców ryb i owoców morza. Owszem, bywają tacy, nawet z dowozem. Makro jest znane ze swojej oferty rybnej, ale to sklep dla hurtowników - klienci indywidualni mają tam drogo. O Selgros nie wspominam, bo ze świeżością też jest tam dość różnie (no i ceny podobne jak w Makro). Niemniej trzeba przyznać, że pod względem ryb, których mięso jest zalecane przez dietetyków bardziej niż mięso zwierząt lądowych, mamy sytuację gorszą, niż w czasach PRL, co przyznaję z prawdziwą grozą.

Jakoś nam ten kapitalizm zupełnie nie wyszedł ....

Lubię to! Skomentuj38 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości