Dawno, dawno temu ... za siedmioma górami, za siedmioma lasami - czyli w czasach, gdy syn był dziecięciem nieletnim, a mieszkaliśmy jeszcze w złowrogiej Warszawie, oczom naszym rodzicielskim ukazał się widok nibanalny: chłopię nasze oto wcinało placki ziemniaczane przegryzając je frytkami, ale żeby nie było nudno, to przegryzał to pyzami ziemniaczanymi ... To moja teściowa, która odebrała wnuka z przedszkola, postanowiła zrobić mu dzień dziecka (co drugi dzień miał taki!) i ukontentowała go ukochanymi potrawami.
Moje dzieciństwo było naznaczone ówczesnym "comfort foodem", czyli kartoflakiem w niedzielny poranek (kartoflak to inaczej placek po węgiersku, ale z prodiża i bez kretyńskiego sosu), racuchami na kolację (reszta kraju profanuje tę potrawę nazwą "placki ziemniaczane") oraz pure ziemniacznym na obiad. Do pure pasowało wszystko, a najbardziej sos z leśnych grzybów ze śmietaną i pietruszką. Dziś pewnie nazwanoby to "ragu" - im więcej gatunków grzybów składało się na danie, tym było lepsze. Prawdziwki, podgrzybki, kurki, młode maślaki (ale tylko młodziutkie i bardzo twarde!), koźlarze, osaki, gołąbki zielone ...
No, były jeszcze odsmażane ziemniaki z obiadu, na drugi dzień, ale też kotlety ziemniaczane z ugotowanych ziemniaków, a nie można też zapominać o kopytkach. Ojciec czasem robił rarytas nad rarytasy; potrawę pracochłonną, ale prawie równie dobrą, jak kartoflak: kiszkę ziemniaczaną, która najlepsza była po przestygnięciu, odsmażona na patelni. Kartacze to była niesłychana smakowitość, robiona prawie równie rzadko, jak gołąbki, i też najlepsze po przesmażeniu. Pyzy to cudowna potrawa, ale do kartaczy jej tak daleko, jak mnie do Prousta, ale przecież są jeszcze młode ziemniaki ugotowane z łodygami kopru, podawne z posiakanym koperkiem i zsiadłym mlekiem. Ale też ziemniami pieczone i z ogniska ... no i wielki wstyd mojej babci ze strony mamy: parowane ziemniaki dla świń. To był rodzaj wielkiego kotła, w którym gotowały się ziemniaki dla zwierząt: długo, chyba na parze. I my z siostrą zawsze rzucałyśmy się na ten rarytas mniej więcej tak, jak dziś mogłabym to zrobić dla kawioru albo gravlaxu ... tyle że dużo bardziej. A babci zawsze było głupio, bo przecież specjalnie dla nas ugotowała w domu prawdziwe, "ludzkie", ziemniaki. Z tym, że te domowe nie smakowały tak znakomicie, jak świńskie ...
Aha - nie mogę zapomnieć o fałszywych frytkach, które wymyśliłam osobiście w dzieciństwie, a potem przeczytałam o nich u Chmielewskiej. Plasterki ziemniaków należy pokroić cienko i udusić na patelni, na małej ilości tłuszczu z solą i pieprzem. Nic więcej, a jest to tak ... takie ... o rany, znów się ośliniłam!


Komentarze
Pokaż komentarze (2)