Mój znajomy, obecnie człowiek czterdziestoletni+, ponad dziesięć lat lemu (za rządów Leszka Millera) wykazywał pewien dziwny rys charakteru: zamartwiał się manowicie, że złotówka jest zbyt mocna. Silna złotówka martwiła go nie jakoś tak "sama w sobie", lecz z powodu strat, jakie przyczyniała polskim eksporterom. Skąd mu się ta troska przypętała - nie mam pojęcia, bowiem znajomy jest nauczycielem i jako żywo żadnej działalności eksportowej nie prowadził nigdy - ani on, ani żona. W rodzinie i wśród znajomych też jakoś przedstawicieli tej grupy nie było, więc ekscentryczna troska mego przyjaciela o los biednych eksporterów była proweniencji czysto szlachetnej ... przy czym nie dawał sobie przetłumaczyć, że z kolei konsumenci - czyli on - na mocnej złotówie zyskują. Co tam on - znajomy dowodził, że Polska potrzebuje eksportu jak powietrza, więc niech rządzący coś zrobią z tą złotówką. Osłabiją ją, i to już!!!
Ku ogromnej uldze znajomego koniunktura na mocnego złotego szybko się skończyła, i skończyło się też zamęczanie otoczenia troką o straty biednych eksporterów. Jakoś tak zaraz potem zaś na horyzoncie pojawiły się wakacje i znajomy udał się do biura podróży, by zamówić wycieczkę rodzinną (zagraniczną, więc za euro). i wówczas szczęka mu opadła na podłogę: okazało się, że źli ludzie w kantorze kazali sobie zapłacić za dewizy znacznie drożej, niż rok temu, gdy złotówka była mocna!!!!
Jak się okazało, znajoy siłę złotówki traktował absolutnie abstrakcyjnie, w zupełnym oderwaniu od własnej sytuacji życiowej, i po prostu NIE SKOJARZYŁ, że siła nabywacza naszego legalnego środka płatniczego może dotyczyć osobiście JEGO! Lewicowe media i lewicowy minfin truli o zbyt silnej złotówce, więc znajomy to sobie zinternalizował tę mantrę jako coś niepodlegającego dyskusji. W momencie, gdy słaby złoty uderzył go boleśnie po kieszeni, znajomy sobie uświadomił, że polityka ma przełożenie na jego życie - i to go otrzeźwiło do tego stopnia, że dość szybko z dogmatycznego lewaka przeobraził się w "skrajną prawicę" - wręcz "konserwę".
Dzisiejsza sytuacja z marszami szKODników kojarzy mi się z moim znajomym: organizatorzy nawołują do uczestnictwa w obronie demokracji (niczym kiedyś: słabej złotówki), a cała gromada pewnie nawet szlachetnych, ale skrajnie naiwnych osób robi zadymy jak potrafi, nie zdając sobie sprawy, że działa WBREW WŁASNEMU INTERESOWI. Petru czy Schetyna walczą o grube miliony; szeregowi szKODnicy stracą setki złotych miesięcznie: na droższym AGD, kosztowniejszych wycieczkach zagranicznych czy większych ratach kredytu we frankach.
Cyniczni manipulatorzy w obronie nieograniczonego dostępu do ośmiorniczek i win po osiemset zeta za butelkę wpędzą setki, a może nawet tysiące, rodzin, w biedę ... przy czym smutny śmiech wywołuje to, że akcje szKODników są z góry skazane na niepowodzenie: PiS władzy nie utraci, bo to jest w obecnej sytuacji po prostu wykluczone Zarówno sytuacja w Polsce, jak i międzynarodowa, skazały PiS na wzięcie odpowiedzialności za los Polski i Europy. Nowocześni banksterzy mogą rzeczywiście wiele zrobić, aby pogorszyć los Polaków, zwłaszcza materialnie, ale to absolutnie nie oznacza, że bankierom się upiecze i pozostaną z krociowymi niekontrolowanymi zyskami na zawsze.
Natomiast faktycznie - niejeden szeregowy, niczego nieświadomy, uczestnik współczesnej Targowicy, zapłaci za nią znacznym pogorszeniem statusu majątkowego lub nawet skrajnym zubożeniem ...
... chyba, że - podobnie jak mój znajomy - w momencie dotkliwej straty finansowej błyskawicznie przejdzie kurs domowej ekonomii.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)